KSIĘGA  PAMIĘCI  JĘDRZEJOWSKICH  ŻYDÓW 

 

przekład fragmentów Księgi: Michał Maziarz        https://zydowskijedrzejow.blogspot.com

 

zobacz oryginał Księgi [PDF]

 

 

Spis treści - relacje osób:

 


Natan Śledzik

Yoram Simoni z Ramat-Hen (wcześniej: Natan Śledzik) opowiada

Grupa młodych z jędrzejowskiego getta, którzy zostali wysłali do pracy przymusowej, liczyła około sto osób.
Byli to młodzi chłopcy w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Ja miałem wtedy lat dwanaście. Z tej grupy pozostało przy życiu tylko dwóch: Julek Bojmart i ja. Pozostali zginęli w obozach lub transportach śmierci. Mój przyjaciel Dawid, czternastoletni chłopak, zginął od nazistowskiej kuli gdy trafił do obozu.

W Skarżysku-Kamiennej robiliśmy części pocisków. Normą było tysiąc pięćset sztuk w ciągu dwunastogodzinnego dnia pracy. Jeden z więźniów zrobił kiedyś tysiąc osiemset sztuk za co otrzymał od majstra specjalną wypłatę - chleb. Szybko obróciło się to przeciwko nam wszystkim bo majster zażądał wyrabiania nowej, zwiększonej normy. To było jednak niemożliwe. Majster skarżył się z tego powodu nazistowskiemu nadzorcy, że buntujemy się i nie chcemy pracować. Wezwano pięć osób, w tym mnie. Dostałem dwadzieścia uderzeń. Bito nas bezlitośnie gumowymi pałkami. Kiedy któryś z nas tracił świadomość, polewano go zimną wodą. Nie mogłem się podnieść ze stołu, na którym mnie położono. Zepchnięto mnie z niego kopniakami.

Miałem wówczas piętnaście lat. Przemoc i krzyki były przerażające. Tych, którzy nie chcieli się położyć pod ciosy, okrutnie torturowano.

W obozie częstochowskim zwróciłem się kiedyś do gestapowca Kenemana z prośbą aby mi dano koszulę. Keneman zdzielił mnie nahajką po plecach i zapytał: „Co, teraz ci cieplej?”.

Po wyzwoleniu pozostałem w Polsce do roku 1957, kiedy z moim ojcem Mordechajem Śledzikiem przybyłem do Izraela. Skończyłem tutaj studia i jestem obecnie nauczycielem historii w technikum w Giv’atayim. Zmieniłem imię i nazwisko - nie nazywam się już Natan Śledzik ale Yoram Simoni. Mam zaszczyt być wychowawcą młodego pokolenia Izraelczyków. Nikt nie bije mnie już nahajką. Z niewolnika stałem się wolnym obywatelem naszego własnego kraju!



Wolf Brener

Wolf Brener opowiada

Urodziłem się w Jędrzejowie jako syn Majera i Hendli, córki błogosławionej pamięci Abrama Ledermana. Mieliśmy sklep bławatny przy ulicy Pińczowskiej pod numerem 12.

Na dzień przed wybuchem wojny Niemcy zbombardowali stację kolejową. Jedna z bomb całkowicie zrujnowała dom należący do Słabęckiego, Polaka. Lokatorami byli prawie wyłącznie Żydzi. Na szczęście żadnego z nich nie było wtedy w domu dzięki czemu przeżyli, tracąc jednakże wszystkie sprzęty domowe, meble, a także swoje mieszkania.

Autobus pełen bezdomnych uciekinierów, który przejeżdżał przez miasto także został trafiony przez niemiecką bombę. Wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu.

Wkrótce po wkroczeniu do miasta Niemcy zaczęli wyłapywać ludzi do pracy - na ulicy, a także wyciągając ich wprost z mieszkań. Niemcy zawsze wyłapywali więcej ludzi niż było im potrzeba aby znęcać się nad jak największą liczbą Żydów… Kilka dni później naziści ogłosili, że w jednym z domów żydowskich znaleziono broń. Zabrano trzech Żydów: rzeźnika Mordechaja Szelera, Szlamę Feldmana (syna Rubina - kowala), z zawodu zegarmistrza oraz jednego Żyda, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć. Według świadectwa Lejbusza Fejgenbojma był to człowiek o nazwisku Kochan. Wszystkich trzech zastrzelono na miejscu.

Ta potworna zbrodnia wywołała w mieście wielką panikę. Kilka dni później Niemcy, za pomocą imiennych wezwań, zgromadzili wszystkich Żydów z ulicy 11 Listopada w budynku straży pożarnej. Stamtąd wysłano ich koleją do Cieszanowa niedaleko owianego złą sławą obozu zagłady w Bełżcu. Po przybyciu na stację kolejową w Lublinie rozkazano nam wyjść z wagonów po czym na powrót wejść do tych samych wagonów, ciągnąc za sobą ciężko pobitych.

Po przybyciu do Cieszanowa skierowano nas do kopania okopów. To była bardzo ciężka praca, ponad ludzkie siły. Moja kuzynka Mala Lederman, która żyła na aryjskich papierach i nie miała żydowskiego wyglądu, zwróciła się do komendanta wraz z kilkoma innymi kobietami, które również ukrywały się na aryjskich papierach, aby zgodził się na otwarcie pralni na potrzeby tysięcy więźniów znajdujących się w obozie. Moja kuzynka otrzymała zgodę i otworzyła pralnię. Ale jej szczęście nie trwało długo. Kilka dni po uruchomieniu pralni pojawił się komendant i przegnał z pralni wszystkie kobiety, które tam pracowały, mówiąc, że z „przyczyn strategicznych” nie wolno trzymać kobiet tak blisko frontu…

Od tej pory pralnię prowadzili wyłącznie mężczyźni. Byłem wśród „szczęściarzy”, których wysłano do tej pracy. Moja kuzynka była zdeterminowana by wyciągnąć z obozu mnie, jak również mojego szwagra Mosze Efraima Lipskiego pochodzącego z Kutna. Znalazła chrześcijańskiego woźnicę, który zgodził się, za dużą sumę, przewieźć nas w pobliże naszego domu późną nocą. Niewielu Żydów miało wówczas przepustkę na jazdę koleją w nocy.

Mój szwagier obawiał się ryzyka ale ja wraz z kilkoma innymi Żydami udałem się do woźnicy i ruszyliśmy w drogę. Pamiętam, że była piątkowa noc po święcie Rosz Haszana 1940 roku. Dotarliśmy bez przeszkód do Tomaszowa Lubelskiego skąd ruszyliśmy dalej w stronę Zamościa, jednakże dwa kilometry przed miastem znajdował się obóz wojskowy. Zatrzymali nas strażnicy. Woźnicę, który miał zezwolenie na jeżdżenie nocą, puścili wolno, a nas, 5-6 Żydów, aresztowali. Zamknęli nas w stodole i oznajmili, że przy pierwszej próbie ucieczki zastrzelą nas na miejscu.

Rankiem zjawił się komendant. Gdy usłyszał co się wydarzyło, stał się cud - komendant uwolnił nas bez żadnej kary dodając: „Przeklęci Żydzi, jeśli jeszcze raz złapiemy was na drodze nocą, zostaniecie rozstrzelani na miejscu”! Nie mogliśmy uwierzyć w to co usłyszeliśmy i natychmiast zaczęliśmy biec w stronę Zamościa. Po drodze napotkaliśmy wysłannika zamojskiego Judenratu. Wyruszył on żeby nas ratować po tym jak nasz woźnica dotarł do Judenratu i opowiedział co się wydarzyło i gdzie się znajdujemy. Członkowie zamojskiego Judenratu zajęli się nami bardzo przyjaźnie - niech będzie im to policzone.

Z Zamościa wysłali nas do Szczebrzeszyna. Stamtąd, idąc przez miasteczka Turobin, Kraśnik, Ostrowiec, Łagów, dotarliśmy do Kielc. Tego samego dnia Kielce odwiedził „ważny gość” - generalny gubernator Frank z Krakowa. W mieście pojawiły się obwieszczenia, że Żydom zabrania się przebywania na ulicach. Kiedy spotkał mnie krewny Jakow Złotnik (Cwejgenbojm), mieszkający na targowisku, wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom - że oto jestem cały i zdrów na kieleckiej ulicy. W wigilię [święta] Jom Kippur 1940 roku byłem z powrotem w domu z moimi drogimi rodzicami.

Środki do życia zapewniały nam lokale Linas Hacedek i Bikur Cholim, które znajdowały się w naszym domu, przy ulicy Pińczowskiej 12, a które zostały oddane policji żydowskiej. Dzięki temu udało mi się załapać tam do pracy jako goniec. Moim zadaniem było dostarczanie jedzenia Żydom przebywającym w areszcie przy ulicy 11 Listopada.

Należy wspomnieć, że wśród aresztowanych znajdowała się również kobieta o nazwisku Fejga Gluzman, której „grzechem” było, że złapano ją z drobiem. Była podejrzana o to, że niesie mięso do żydowskiego rzeźnika. Mając kontakt z aresztowanymi mogłem im pomagać kontaktować się z ich rodzinami.

Żydowski policjant Zelig Trajman, który zwykł eskortować żydowskich robotników w drodze do pracy w Sędziszowie, został zastrzelony bez żadnej przyczyny. Została po nim tylko policyjna czapka, którą natychmiast zabrałem - od tej pory ułatwiała mi wchodzenie do getta i wychodzenie z niego, jak i odwiedzanie innych miejsc w Jędrzejowie.

W takich warunkach przeżyłem aż do pierwszej deportacji do Treblinki, która miała miejsce trzy dni przed Jom Kippur 1940 roku. I znów przydarzył mi się niebywały cud. Znajdując się wśród tysięcy Żydów przeznaczonych do deportacji do Treblinki, do mnie i do żydowskiego policjanta Motla Solarza zbliżył się SS-man i rozkazał nam: „Wracajcie z powrotem do getta, zbierzcie dużo drobiu i przynieście go do kantyny”. SS-man wysłał razem z nami żandarma, który miał nam towarzyszyć przy tej „prawdziwej” pracy.

Wkrótce po dotarciu do punktu zbornego, wszystkie jędrzejowskie rodziny żydowskie wysłano na stację kolejową, a stamtąd przetransportowano do Treblinki. Po wysiedleniu pozostawiono około 200 ludzi, którzy mieli zlikwidować żydowski majątek w Jędrzejowie. Ja wraz z Motlem Solarzem, po wykonaniu „dobrego uczynku” jakim było łapanie kur dla kantyny SS, również znaleźliśmy się wśród pozostałych przy życiu Żydów. Wysłano nas wszystkich do budynku Judenratu przy ulicy Pińczowskiej 12, który był już faktycznie „Judenrein”… Stamtąd zaprowadzono nas wszystkich do domu Skrzypczyka, który został wyznaczony na lokalizację małego getta.

Pod nadzorem niemieckich żandarmów i SS zaczęliśmy pakować majątek jędrzejowskich Żydów i i wysyłać wszystko do centralnego magazynu, który znajdował się w domu Izraela Rozenberga przy ulicy Pińczowskiej 16. Wszystkie towary wysyłano do Niemiec, a meble, sprzęty domowe i ubrania sprzedawano na licytacji. Polscy wrogowie za marne grosze kupowali żydowską spuściznę, dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nadzorcą tych „transakcji”, jak również całej naszej pracy, był okryty złą sławą niemiecki żandarm Luesse.

Razem ze mną do tej pracy skierowano moich szwagrów - Fajwela Grosmana i Mosze Efraima Lipskiego, jak również mojego kuzyna Mosze Ledermana. W tamtym czasie w głowach niektórych młodych jędrzejowskich Żydów pojawiła się myśl o oporze jeśli Niemcy spróbują zlikwidować małe getto. Tę myśl podzielali, poza mną, Jekl Obarzanek, Moszke Lenczner, Chaim Rozenbojm i Judenharc, imienia którego nie mogę sobie niestety przypomnieć. Pewien Polak, Marcinkowski, zakupił dla nas rewolwer i Jekl Obarzanek nauczył nas potajemnie strzelać.

16 lutego 1943 roku SS-mani otoczyli znienacka małe getto i zgromadzili nas wszystkich na podwórzu. Naprzeciwko domu Skrzypczyka, gdzie znajdowało się małe getto, stał dom, tak zwany „szpital epidemiczny”. Wyprowadzono z niego wszystkich chorych po czym zastrzelono na naszych oczach. Był między nimi także mój kuzyn, Jekl Lederman.

Jeden z chorych miał niewyobrażalne szczęście. Szmul Wargoń, syn błogosławionej pamięci Mosze Wargonia - znanego jędrzejowskiego członka partii Mizrachi, szanowanego działacza społecznego, który chorował na tyfus plamisty, zaczął nagle uciekać jak gdyby wstąpiły w niego nadludzkie siły. Mordercy strzelali do niego ale nie trafili i udało mu się uciec. Żyje i mieszka dziś w Australii.

Po bezlitosnej rzezi chorych zapakowano nas na ciężarówki, oddzielając od nas małe dzieci, które mordercy chcieli rozstrzelać na miejscu. Ale tutaj znów wydarzyły się prawdziwe cuda. Znajdowała się między nami Żydówka z Tomaszowa Mazowieckiego, z małym dzieckiem. Dziecko rzuciło się na ziemię, zanosiło się płaczem i krzyczało: „Nie strzelajcie do mnie, jestem jeszcze mały i chcę żyć!”. To wołanie poruszyło kamienne serca morderców, którzy pozwolili nam zabrać wszystkie dzieci, które znajdowały się jeszcze w małym getcie.

Życie w Skarżysku było koszmarem: ciężka praca, głód i niedola. Ludzie chorowali na tyfus plamisty i umierali pozbawieni jakiejkolwiek opieki medycznej. Jedną z tych ofiar był mój brat Mosze, niech B-g pomści jego krew. Także ja sam przeszedłem kilka ciężkich chorób. Byłem bardzo słaby i czułem, że ja również przypłacę to życiem.

Zdecydowałem się uciec z tej gehenny i udać się z powrotem do Jędrzejowa. O swoim planie opowiedziałem kilku przyjaciołom z Jędrzejowa. Zgodzili się wykonać ten ryzykowny krok razem ze mną. Byli wśród nich: Icchak Lenczner, Szmulik Goldberg i Szmul Belfer ze swoją żoną Belką. Ostatnich troje wkrótce nas opuściło i razem z Icchakiem Lencznerem ruszyliśmy w stronę Suchedniowa. [Po drodze natknęliśmy się na] wojskowy patrol, który rozkazał nam zatrzymać się. Biegliśmy dalej, patrol zaczął strzelać - mój przyjaciel, błogosławionej pamięci Icchak Lenczner zginął, a mnie także tym razem udało się uciec od pewnej śmierci.

Dowlokłem się do Kielc i dostałem się do getta. Wkrótce zlikwidowano także getto kieleckie, a mnie, wraz z kieleckimi Żydami, wysłano do Pionek niedaleko Radomia. Początkowo pracowałem przy wyładunku węgla. Później powstała tam fabryka pod nazwą „Schmidt Gesellschaft”, w której pracowałem aż do końca 1944 roku. Ze smutkiem obserwowałem powieszenie Lejba Brandesa, niech B-g pomści jego krew - znaleziono przy nim butelkę wódki, która była własnością fabryki. Wkrótce Brandes, będąc na szubienicy, wykrzyknął: „Żydzi weźcie…!” - słowa „odwet” nie zdążył już wypowiedzieć. Stryczek na szyi zakończył jego życie!

Z Pionek wysłano nas do Sachsenhausen. Tam każdemu z nas pobrano krew dla rannych [niemieckich] żołnierzy. Wysłano nas następnie do Gliwen [prawdopodobnie chodzi o obóz Schlieben - przyp. MM], do którego wcześnie wysyłaliśmy maszyny z Pionek, abyśmy ponownie zmontowali fabrykę. Pracowaliśmy tam jeszcze przez jakiś czas.

Trochę później ponownie wysłano nas do Sachsenhausen - w grupach po 25 osób, a w maju 1945 przewieziono nas do Bergen-Belsen. To był ostatni etap naszego odkupienia! Tam mieliśmy szczęście usłyszeć o klęsce Hitlera, niech jego imię będzie wymazane, i tam też zostaliśmy wyzwoleni i (…). Tam też wziąłem ślub z moją żoną Sarą Goldberg, również wyzwoloną z obozu pracy. W 1946 roku przybyliśmy do Izraela nielegalnie, statkiem Tel Hai. Zatrzymali nas Anglicy i odesłali do Atlit [miejscowość w pobliżu Hajfy – przyp. MM].

Tymczasem powstało Państwo Izrael i zostaliśmy uwolnieni. Byliśmy, błogosławione niech będzie imię boże, wolnymi obywatelami Państwa Izrael, naszego własnego państwa. Zamieszkaliśmy w Jaffie, przy Sderot Jeruszalaim 85. Jesteśmy dumni z naszych czworga dzieci i opowiadamy im o tym, czego doświadczyliśmy od nazistów, niech imię ich będzie wymazane!



Rochama Beker-Wilaga / Bronx

Epizod z mojego dzieciństwa w Jędrzejowie

Redakcja Księgi Pamięci poprosiła mnie o zaprezentowanie czegoś z moich wspomnień z dawnego domu - mojego miasteczka Jędrzejowa.

Urodziłam się w tym małym mieście i mieszkałam tam do 1912 roku. To miejsce jest mi drogie i wspominam je zawsze z miłością i tęsknotą. Chciałabym móc opowiedzieć o moich wczesnych latach dziecinnych ale prawda jest taka, że nie potrafię skoncentrować myśli i pisać po tak wielu latach...

Ale jeden epizod, być może głupi, pozostał w mojej pamięci jak gdyby chciał być sfotografowanym abym nigdy nie mogła o nim zapomnieć.

Sądzę, że wszyscy jędrzejowscy Żydzi w moim wieku pamiętają dwoje dziewcząt - Pesię Brin i Chanę Ferens, niech spoczywają w pokoju.

Byłam wtedy małą, mizerną dziewczynką. Chana Ferens była już wtedy panienką, a Pesia - piękną i poważną dziewczyną. Mimo to byłyśmy przyjaciółkami i bawiłyśmy się ciągle w ogrodzie Ferensów.

Ogród ten graniczył z ogrodem doktora Pitasa [dr Stanisław Pitas – współzałożyciel, wraz z dr. Fe­liksem Przypkowskim, Towarzystwa Pożyczkowo-Oszczędnościowego w Jędrzejowie; obecnie to Bank Spółdzielczy - przyp. MM], ogrodzonym wysokim parkanem. Znalazłyśmy jednak w płocie niewielką szparę, miałyśmy bowiem wielką ochotę spróbować pięknych jabłek z ogrodu doktora.

Tylko ja - w tamtym czasie wątła, malutka dziewczynka - byłam w stanie przecisnąć się do smakowitego gojowskiego sadu. Dwie starsze dziewczyny namówiły mnie do popełnienia wielkiego grzechu - kradzieży...

Kilka razy chodziłam tam i z powrotem przez dziurę w płocie aby zrywać i przynosić piękne jabłka; pamiętam do dziś jak nieokrzesana Pesia napychała sobie kieszenie, a także rękawy... Nic nie mówiłam, czując respekt przed starszą dziewczyną, która już wtedy śpiewała tak pięknie, że całe miasto po prostu rozbrzmiewało jej głosem.

Kiedy po raz ostatni weszłam do ogrodu by wypełnić moje „święte posłannnictwo”, dostrzegła mnie nagle służąca doktora (wierzcie mi, pamiętam do dziś morderczy wyraz jej twarzy). Rzuciła się na mnie z taką nienawiścią i uraczyła mnie tak dźwięcznymi uderzeniami, że moja twarz długo jeszcze płonęła z bólu i wstydu...

Ale nie to było najgorsze. Ta antysemicka dziewka zdarła ze mnie ubranie i zostawiła mnie w samej tylko koszuli.

Moje przyjaciółki zostawiły mnie w ogrodzie Ferensów i pobiegły do mojej mamy, niech spoczywa w pokoju, po ubranie na zmianę... Nie muszę chyba mówić o tym jak powitała mnie mama po moim złodziejskim wybryku.

Nazajutrz Chana Ferens znalazła moje ubranie, brudne i podarte, na płocie swojego ogrodu i przyniosła mi je.

Moi jędrzejowscy przyjaciele i przyjaciółki powinni pamiętać ten komiczny epizod. Może ktoś z nich jeszcze go sobie przypomina?



Rywka Zaromb-Hutnik / Buenos Aires

Moje drogie miasteczko Jędrzejów

Ponad 40 lat dzieli mnie od tamtego czasu, od tamtych ludzi i wydarzeń, a pomimo to wszystko jest jasne i wyraźne - każdy najdrobniejszy szczegół. Z perspektywy minionego czasu widzę bogate i pełne wigoru życie, które rozgrywało się w pięknych barwach - pomimo biedy i innych trudnych czynników, które stawiały w ciężkiej sytuacji życie żydowskie w Polsce.

To prawda, że życie miało swoją powszedniość - zarabianie na chleb i inne potrzeby. (...)

Ale prawdą jest też, że skrzyło się tam życie kulturalne, którym w stosunku do niewielkiej społeczności żydowskiej, moglibyśmy obdzielić kilka większych miast.
Być może stąd bierze się fakt, że moje wspomnienia nie kręcą się wokół codziennego życia, pracy i utrzymania rodziny, ale raczej towarzystwa kulturalnego „Muza”. Koncentrowała się wokół niego niezwykła aktywność, przede wszystkim młodzieżowa.

Przypadło mi w udziale być świadkiem pierwszych kroków towarzystwa kulturalnego i mam coś do opowiedzenia na temat historii, która stworzyła grunt i zrodziła potrzebę stworzenia „Muzy”. Wpłynęła ona mocno na życie jędrzejowskiej młodzieży i przyczyniła się do jej społecznego i kulturalnego ukształtowania.

Grupa młodzieży, pod kierownictwem Mendla Dancikera, pracowała nad wystawieniem sztuki „Sara Szejndel”. (Żadną miarą nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autora). Rolę tytułową, Sarę Szejndel, miał zagrać Motl Rajzman ale jego rodzice absolutnie nie wyrazili na to zgody. Do przedstawienia pozostały tylko trzy dni i nie było komu go zastąpić. Reżyser sztuki wpadł wtedy na pomysł, abym to ja spróbowała swoich sił w tej roli. Moja rodzina wyraziła pewien sprzeciw [na myśl], że miałabym zostać „aktorką”.

Szybko wywalczyłam sobie jednak niezależność zdobywając, razem ze swoją przyjaciółką Hańcią Kamrat, zawód szwaczki. Opuściłam dzięki temu dostatni dom mojego ojca, aby „proletaryzować się” - to było dążenie ówczesnej młodzieży.
Poddasze, na którym razem mieszkaliśmy i pracowaliśmy było wówczas miejscem spotkań młodzieży, w którym wspólnie dyskutowaliśmy, śpiewaliśmy ludowe pieśni, przede wszystkim wzywające do walki.
Taki oto los, który był moim udziałem, pozwolił mi podjąć moje pierwsze próby w żydowskim teatrze pod okiem Mendla Dancikera.

Zarząd Biblioteki im. I. L. Pereca przy Towarzystwie „Muza” w Jędrzejowie.
Na zdjęciu od prawej siedzą: Abraham Chenciński, Kalman Chenciński, Izrael Gurtman, Szlama Dawid Belfer, Herszel Renkoszyński, Rywka Zaromb. Stoją Chawa Tenenbojm, Berl Fridman i Chaim Lederman. [Na ścianie portret Icchoka Lejba Pereca - klasyka literatury jidysz - przyp. MM]

Do dziś nie mieści mi się w głowie, że w tak krótkim czasie, jaki pozostał na próby (ledwo trzy dni) i przy moim niewielkim doświadczeniu w tej dziedzinie (bo nie byliśmy rozpieszczeni jeśli chodzi o teatr), udało mi się nauczyć mojej roli. Pokazałam się i triumfowałam. Moja rola jako Sara Szejndl była wielkim osiągnięciem, a przedstawienie - wspaniałym sukcesem.

Pierwszy triumf rozbudził nasz apetyt więc pracowaliśmy dalej, wystawiając później poważne przedstawienia. Między innymi „Opowieść o siedmiu powieszonych” [Leonida] Andrejewa. Ale znaczenie naszego pierwszego przedstawienia [Sara Szejndl] polegało na tym, że dało ono impuls dla stworzenia „Muzy”, która była pierwszym etapem naszej drogi na szczyt.

Ówczesna grupa aktorów-amatorów nie stawiała sobie początkowo żadnych większych celów. Nie miała także jasno zdefiniowanego charakteru. Byli tam ludzie o rozmaitym pochodzeniu społecznym i politycznym. Powstanie „Muzy”, która wzięła sobie za wzór będzińską „Muzę”, od której zapożyczyła także statut, postawiło przed nami konkretne zadania: upowszechnianie kultury wśród mas żydowskich i w naszym miasteczku.

Założyliśmy bibliotekę imienia I.L. [Icchoka Lejbusza] Pereca, w zbiorach której znajdowały się najlepsze i najnowsze dzieła literatury żydowskiej. Wkrótce pojawił się też dział literatury polskiej. Otworzyliśmy także czytelnię, w której dostępne były wszystkie gazety i czasopisma żydowskie, niezależnie od (ich) politycznego charakteru. Działał także klub szachowy.

Nasza działalność rozszerzyła się i grupa, która była początkowo tylko kółkiem teatralnym, podjęła wiele innych zagadnień żydowskiej kultury.
„Muza” rozwinęła się, a jej sława wykraczała poza granice miasta.

To miejsce, początkowo tylko miejsce spotkań młodzieży, stało się adresem dla wielu żydowskich pisarzy i działaczy kulturalnych, którzy przyjeżdżali do nas z Warszawy.
Nie zapomnę nigdy atmosfery święta, którą przywiózł ze sobą młody wówczas Perec Markisz, przybyły do Jędrzejowa. Byli u nas także Efroim Kaganowski, Mejlech Rawicz, Leo Finkelsztajn, Joel Mastbojm, dr Jechiel Halpern i inni.

Wszyscy byliśmy młodzi i dziś wydaje się, że samo życie było młodsze od nas. Atmosfera święta nie trwała jedynie podczas ich występów i wykładów ale na długo przed nimi, (...), a także na długie dni i tygodnie po nich.
W trakcie naszej działalności ujawniły się także lokalne siły, dzięki którym odbywały się ciekawe wieczory dyskusyjne i odczyty literackie na temat pisarzy i ich dzieł. Pośród młodzieży wyróżniali się: Izrael [Isroelik] Gurtman, Abraham Solowicz, Mosze Kasjer i inni, którzy później, w trakcie swoich życiowych wędrówek, kontynuowali swoją działalność i miłość do żydowskiego słowa wszędzie tam, gdzie los ich zaprowadził.

Nasze kółko dramatyczne, gałąź działalności kulturalnej „Muzy”, zabłysnęło jak prawdziwy klejnot i wspinało się wciąż wyżej i wyżej. Nasze przedstawienia, wzbudzające radość i atmosferę święta, zapewniały „Muzie” zaplecze finansowe, które w późniejszym czasie pozwoliło na przenosiny do bardziej przestronnego lokalu.

Sytuacja polityczna w Polsce nie pozostawała obojętną dla młodzieży, która skupiała się wokół „Muzy”. Do twierdzy żydowskiej kultury, którą była „Muza”, również wkradały się różne polityczne prądy. Młodzież żydowska nie mogła pozostać obojętna wobec nastrojów, które ogarnęły młodzież całego świata przed wojną, w obliczu kolosalnych zmian, które zachodziły wokół.

Ktoś znajdował swój ideał w Związku Radzieckim, który graniczył z Polską, ktoś inny szukał rozwiązania problemu żydowskiego w budowie własnego państwa. Ze wszystkich ideowych ugrupowań, które znalazły miejsce dla swojej działalności w ramach „Muzy”, wykrystalizowały się dwa główne stronnictwa: komunistyczne i syjonistyczno-socjalistyczne.

Między tymi dwoma głównymi ugrupowaniami toczyła się walka o narzucenie ich ideowego porządku. Gorące i zawzięte dyskusje toczyły się między zwolennikami obu grup choć do żadnych krwawych starć nigdy nie doszło.
Były to czasy tolerancji, uprzejmości i przede wszystkim, wszystkich łączył jeden cel: upowszechniać żydowskie słowo i cenić wysoko żydowską kulturę!

Grupa przyjaciół i przyjaciółek z żydowskiej biblioteki w Jędrzejowie. W środku - Jakow Finkelsztajn i Hirsz Szejkowicz.

Nadeszły jednak ciężkie lata dla życia żydowskiego. Pierwsza wojna światowa zostawiła za sobą zgliszcza, a lata powojenne wyczerpały ekonomicznie Żydów w miasteczku. Antysemicka polityka sanacji ciężko dotknęła wszystkich dziedzin żydowskiego życia. Ale nawet w tych ciężkich czasach przebłyskiwały takie momenty jak nasze teatralne przedstawienia czy spotkania z ludźmi teatru, którzy przyjeżdżali do nas z Warszawy. Pamiętam jak grali u nas gościnnie Jonas Turkow i Diana Blumenfeld - dało nam to tak dużo radości i duchowej przyjemności!

Te piękne czasy skończyły się dla mnie w maju 1928 roku kiedy zostałam aresztowana za przygotowywanie komunistycznej odezwy na 1. maja. Zostałam skazana na półtora roku więzienia. Po odsiedzeniu niecałego roku wyszłam za kaucją i, nie chcąc wracać do więzienia, w czerwcu 1929 roku nielegalnie opuściłam Polskę na zawsze.

Dalsza moja droga prowadziła przez Niemcy, gdzie mieszkałam do momentu dojścia Hitlera do władzy, aż do Argentyny.

Kilkadziesiąt lat minęło od pięknych dni mojej młodości. Morze krwi i łez zalało przez ten czas miasta i kraje. Dawny Jędrzejów podzielił los setek i tysięcy innych żydowskich miast i miasteczek w Polsce i wschodniej Europie. Z tych wszystkich, którzy wzbogacali, upiększali życie naszego miasteczka, uratowało się niewielu; są dziś rozsiani po całym świecie.

Lata międzywojenne na zawsze pozostaną w mojej pamięci - tak samo jak pozostaną w pamięci wszystkich, którzy ich doświadczyli.



Ester Szarf / Bat Galim

Mój gorzki los w morzu łez

Ogromne, głębokie morze krwawych łez, które wylaliśmy i które wciąż wylewamy nad naszym wielkim nieszczęściem wciąż nie jest pełne. I nigdy nie będzie! Każda Księga Pamięci naszych zniszczonych żydowskich gmin w Polsce i całej Europie Wschodniej jest kałużą świeżej krwi i łez w morzu naszych trosk...

Niech mi więc będzie wolno, urodzonej w Jędrzejowie żydowskiej córce, która ponad 40 lat temu - w 1925 roku - miała szczęście opuścić gorzkie wygnanie [hebr. golus, גלות - wygnanie Żydów z ziemi Izraela i ich pobyt na obczyźnie, diaspora - przyp. MM] i wyemigrować do Izraela aby pomóc w budowie naszego państwa, dolać moje gorzkie łzy do Księgi Pamięci o naszych najbliższych i najdroższych!
Któż z was ocalonych, moi bracia i siostry, nie pamięta mojego drogiego ojca, Mosze Fridberga, jego drugiej żony Gitli, która była mi oddana jak matka, mojej siostry Fajgli i jej męża Hirsza Wolfa Tajchnera wraz z trójką ich drogich dzieci? Wszyscy, wszyscy oni przepadli z bożego świata przed czasem. Mój drogi ojciec słynął z dobrego serca, zawsze gotowy do poświęceń dla każdego Żyda, co było symbolem prawości w jego zawodzie i relacjach z ludźmi - żydami czy chrześcijanami. [Mimo to] spadł na niego surowy wyrok - nie chcąc opuścić swego miasta mówił: „Chcę wyruszyć w moją wędrówkę razem ze wszystkimi Żydami Jędrzejowa”.
Tak wiele lat minęło od mojego wyjazdu do Izraela lecz wciąż stoją mi przed oczyma święte twarze drogich żydowskich dzieci, które biegną wesoło do swoich chederów by poznawać Torę i żydowskość.
Pamiętam jak ojcowie i matki z radością prowadzali swoje dzieci do chederu, mając nadzieję, że będą mieć z nich pociechę, z dumą patrząc na ich wytrwałość w nauce.
Niestety, wszystko przepadło i spłonęło w wielkiej pożodze narodu żydowskiego!
Winniśmy, nieliczni którzy pozostali, wspominać ich i z czcią chronić pamięć o nich w naszych rozdartych sercach.
Wielkiej rany narodu żydowskiego uleczyć niepodobna!

 

Oto i one - dzieci, o których Ester Szarf pisze z taką miłością.
Pamięta je z 1918 roku - jeszcze przed swoją aliją do Izraela. To uczennice syjonistycznej szkoły [bejt-sefer] w Jędrzejowie. W środku - błogosławionej pamięci nauczyciel Jakow Dembina.



Benjamin Gurtman / Holon

Moje przeżycia i wizyta w Jędrzejowie

Kiedy naziści zajęli Jędrzejów, pracowałem w wielkim składzie należącym do mojego dziadka, Dawida Riterbanda. Wkrótce okupanci zarekwirowali wszystkie towary, które się tam znajdowały - gotowe produkty lub materiały - i ogłosili, że są im one niezbędne do celów wojennych.

Mojego ojca, braci i mnie pozostawiono na miejscu i wydano nawet oficjalne dokumenty, w których zaliczono nas do „przydatnych Żydów”. Na tej podstawie mogliśmy poruszać się bez przeszkód po terenie całego Generalnego Gubernatorstwa aby móc kupować materiały niezbędne dla nazistowskiego przemysłu wojennego.

W ten sposób mogłem poruszać się po terenie całej Polski, jeździć koleją (co było wówczas Żydom surowo wzbronione). Ale pomimo posiadania przepustki, musiałem również nosić na ramieniu niebieską opaskę z gwiazdą Dawida…

W mieście naziści stopniowo wprowadzali kolejne dotyczące Żydów zarządzenia, na podstawie których Żydzi zostali w końcu umieszczeni w getcie pomiędzy ulicami Pińczowską i Łysakowską.

Podróżując pomiędzy polsko-żydowskimi miastami i miasteczkami, jak również po polskich wsiach, widziałem na własne oczy naszą wielką tragedię, cierpienie i ból naszych braci i sióstr, młodych i starych. Czułem, że wszyscy jesteśmy zgubieni, że prędzej czy później zabiją nas wszystkich i nie zostanie po nas żaden ślad.

Przeżyłem pierwsze wysiedlenie jędrzejowskiej ludności żydowskiej do Treblinki.

Mój umysł snuł rozmaite plany - w jaki sposób ratować się po tym jak wszystkich moich bliskich zabrano właśnie do Treblinki, gdzie tak tragicznie zakończyli swoje życie…

Próbowałem zakopać część naszego dobytku choć nie miałem najmniejszej nadziei, że dożyję momentu odkopania go…

Nocowałem u Aszera Ledermana. Pewnego ranka, gdy dopiero co wyszedł do pracy, wrócił po chwili mówiąc, że getto jest otoczone przez SS i niemiecką policję i że jesteśmy w przeddzień drugiego „wysiedlenia”, którego ostatecznym celem jest całkowite oczyszczenie Jędrzejowa z Żydów.

Szybko wydostałem się z getta do mojego miejsca pracy i przekazałem mojemu „komisarzowi” gorzkie wieści, jakie usłyszałem, po czym ukryłem się w psiej budzie… Widziałem stamtąd jak ostatni jędrzejowscy Żydzi prowadzeni są do pociągu. Przypadkiem przechodził tamtędy znajomy Polak, spostrzegł mnie i poradził bym udał się do Miąsowej i stamtąd jechał dalej.

Czekając w Miąsowej na pociąg do Skarżyska, przed moimi oczami przejechał pociąg towarowy wiozący jędrzejowskich Żydów w zamkniętych wagonach. Wśród deportowanych dojrzałem twarze Zacharie Brajtborta, Jeszajahu Majersona i kilku innych znanych mi Żydów.

W Skarżysku przekazałem naszym jędrzejowianom wiadomość, że miasto jest już „Judenrein”…

Bałem się tam pozostać i wyjechałem do Końskich. Stamtąd nawiązałem kontakt z moim niemieckim „komisarzem”, który rozkazał mi natychmiast wracać do Jędrzejowa zapewniając mnie, że wkrótce mnie tam „zalegalizuje”… Tak jak moich dwóch braci - Icka [Izaaka] i Berisza, którzy zostali już przez niego „zalegalizowani”. Nie miałem innego wyjścia - poszedłem za jego radą i wróciłem do Jędrzejowa. Na stacji kolejowej Niemcy przeszukali mnie starannie, a następnie aresztowali. Wysłali mnie do małego getta, gdzie znajdowało się wtedy trochę Żydów, wśród nich także moi bracia Icek i Berisz, zatrudnieni przy „likwidacji mienia” deportowanych Żydów…

Znów zacząłem planować w jaki sposób ratować siebie i moich braci. Jednakże straszny koniec nadszedł!

Garstkę Żydów pozostających w małym getcie również wysiedlono do obozu pracy w Skarżysku. Sytuacja tam była straszna. Z jednej strony głód i cierpienie, z drugiej - nieludzkie traktowanie ze strony „strażników”, a także ciężka epidemia tyfusu, która zebrała swoje żniwo. Żydzi żyli tutaj w tak niewyobrażalnych warunkach, że śmiertelnie chorzy bali się zgłaszać chorobę bo oznaczało to pewną śmierć. Ludzie, którzy nie pracują nie mają prawa żyć na tym świecie…

I tak obaj moi bracia chorowali wskutek ciężkiej pracy - aż zakończyło się ich młode życie!...

Po tym wielkim nieszczęściu, które mnie spotkało, rozmówiłem się z Ruwenem Rubinkiem, że musimy obaj uciec z obozu z powrotem do Jędrzejowa.

Nasz plan się powiódł - bez przeszkód wróciliśmy ze skarżyskiego obozu do Jędrzejowa. Mimo to byliśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Niemcy obwieścili, że za każdego znalezionego Żyda dają flaszkę spirytusu i kilogram cukru.

Między naszymi polskimi sąsiadami-wrogami [gra słów - w języku jidysz słowa te brzmią podobnie - przyp. MM] nie brakowało amatorów gotowych wypełnić taką „patriotyczną” i „szlachetną” misję.

Dowiedziawszy się, że w piwnicy domu Mosze Mandla ukrywa się kilkoro Żydów, skierowaliśmy się tam i również znaleźliśmy [dla siebie] kryjówkę, która mierzyła zaledwie 1,2 m szerokości, 2 m długości i 1,2 m wysokości. Wśród 7 osób, które przechowały się tam przez 2 lata, byli jędrzejowianie: Izrael Rubinek, Herszel Mauer, Majer Kluska i jego brat Jechezkiel.

Bywały czasy, gdy za żadne pieniądze nie byliśmy w stanie zdobyć jedzenia czy picia. Sam „czynsz” wynosił 1000 złotych miesięcznie, za jedzenie płaciliśmy osobno.

Niech będzie błogosławiony fakt, że żył w Jędrzejowie Polak nazwiskiem Jaskulski, który wiedział o tym, że tam się ukrywamy się i zorganizował nam nawet światło elektryczne. Pojawiła się też w bunkrze Żydówka z Wiślicy, której pozwoliliśmy zostać z nami. Uzyskaliśmy przez nią kontakt z doktorem Przypkowskim, który przekazał nam leki oraz pieniądze, a także z właścicielem ziemskim / dziedzicem Różyckim [Menachem Horowicz / relacja dla Yad Vashem: „Był on dyrektorem Związku Ziemian „Opatkowice” - przyp. MM] - również przyjacielem Żydów, który bardzo nam dopomógł.

Kilka tygodni przed naszym wyzwoleniem Niemcy coś wywęszyli - zaczęli szukać i przetrząsać okolice naszego bunkra chcąc wyłapać ukrywających się Żydów… Musieliśmy być jeszcze bardziej ostrożni, często bywaliśmy także głodni… Izrael Rubinek, błogosławionej pamięci, nie wytrzymał tego - ciężko zachorował i zmarł w bunkrze. Nasza wspólna kryjówka stała się jego grobem.

Będąc w bunkrze dowiedzieliśmy się o wszystkich nieszczęściach, które dotknęły naszych jędrzejowskich Żydów, jak również o barbarzyńskim zbezczeszczeniu Świętej Tory, której zwoje zawieszono między dwoma wagonami podczas wysiedlenia i rozdarto, [a Żydów] zmuszano do deptania jej i tańczenia na niej.

Dożyliśmy odkupienia! Wrogowie uciekli, a my wygraliśmy nasze wyzwolenie. Nie mogliśmy już jednak pozostać dłużej w Jędrzejowie. Ziemia paliła się nam pod stopami.

Po tym jak błogosławionej pamięci Majer Fridberg i dziewczyna z Wodzisławia zostali zastrzeleni przez jędrzejowskiego żydożercę, wyjechaliśmy przez Niemcy do Izraela, gdzie odnalazłem mojego ocalonego brata Mordechaja, niech żyje!

Jestem szczęśliwy, że jestem w Izraelu - opowiadam o moich przeżyciach podczas przerażających rządów Hitlera, niech jego imię będzie wymazane, i o Zagładzie Żydów w Polsce i w Europie Wschodniej. Niech Bóg pomści krew sług swoich przelaną! [nawiązanie do Psalmu 79,10 - na podstawie: http://bibliepolskie.pl - przyp. MM]



Cipora Gotrfryd-Kozłowska / Hajfa

Z moich wspomnień

Dziś jest Chanuka, 13 grudnia. Dziś zaczęłam pisać. Ta data ma w moim życiu wielkie znaczenie. Tego dnia urodziłam się, tego dnia wzięłam ślub, i tego dnia utraciłam swój dom. Tego właśnie dnia po raz ostatni widziałam rodziców i rodzinę, bliskich i znajomych. Po raz ostatni widziałam wtedy wszystko co najdroższe w moim miasteczku Jędrzejów.

Po raz ostatni widziałam mojego tatę błogosławiącego chanukowe świece - choć nie przy oknie od frontu, tylko w kuchni, przy zamkniętych okiennicach…

Śpiewaliśmy cicho Haneiros Hallalu [tradycyjna pieśń śpiewana po zapaleniu świec chanukowych – przyp. MM]. Na dworze padał śnieg. Był zimowy wieczór 1939 roku.

Nagle to wszystko się skończyło. Za późno. Żadnej nadziei by wyjechać do Izraela. Za późno. Nie ma gazet, listów - zerwane zostały wszelkie kontakty ze światem zewnętrznym. Przez całe lato czytaliśmy, że do żadnej wojny nie dojdzie, że świat do niej nie dopuści. Ludzie zbierali się wokół radioodbiorników, aby posłuchać najnowszych wieści z Warszawy. Słyszeliśmy tylko slogan: „Ani skrawka polskiej ziemi wrogowi”.

Pierwszego września 1939 roku Niemcy przekroczyli granice Polski. Zaczęły się dla nas ciężkie dni. W mieście panowała panika. Przerażeni ludzie zbierali się w grupy, dyskutowali o polityce, nie widząc jednak żadnej drogi wyjścia… Wieczorami w domach panowała ciemność - baliśmy się zapalać światło. Mężczyźni kryli się w szopie, modlili się w wielkim strachu  (…). Wszystkim udzieliło się wielkie przerażenie. Ostatniego dnia przed wojną zmarł staruszek Z. Lewi. Tata, błogosławionej pamięci, powiedział, że był on cadykiem bo zmarł śmiercią naturalną i odszedł do grobu Izraela. „A my” - dodał - „nie wiemy gdzie spoczną nasze kości”. Ostatnimi listami, jakie dotarły [do Jędrzejowa] były te od Mosze Ledermana z Izraela do jego ojca Uszera.

Z jędrzejowskiego getta mój tata został wysłany do Buchenwaldu.

„Ciężko walczyłeś tato, wierząc mocno, że po śmierci będziesz tu razem ze swoimi bliskimi. Jak ciężko było ci być dzielnym gdy zmarł mój brat Chilek. Wiedziałeś dobrze, że dom jest już pusty, że nie został już nikt”. Bardzo szybki koniec zgotowali naziści wszystkim naszym bliskim w Treblince.

Dzień przed Rosz Haszana przeczytaliśmy obwieszczenie w języku niemieckim i polskim, że niemieckie sklepy będą zamknięte przez dwa dni. Znów ogłupiono nas i mydlono nam oczy. Tata razem z moimi braćmi poszli do synagogi, a ja, razem z Rejzl Epsztejn, Chajką i Rejzl Lederman, Balcią i Renią Turnew, zostałyśmy w domu. Rozmawiałyśmy o wszystkim co było i o tym, czego wkrótce już nie będzie. Na stole leżał machzor [modlitewnik zawierający modlitwy na czas świąt – przyp. MM], obok niego stał świecznik. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Do środka weszli żołnierze w brunatnych mundurach. Zaczęli wrzeszczeć: „Co to za święto? Koniec ze świętami! Zrzucili ze stołu modlitewnik i świecznik, po czym wyszli.

Na drugi dzień po Rosz Haszana Niemcy ogłosili, że słyszeli strzały na jednym z podwórek. Zgromadzono wszystkich mężczyzn i postawiono ich w rzędzie, po czym zabrano co czwartego. To były pierwsze ofiary: Mordechaj Szeler, Mordechaj Kochan i Szlama Feldman. Każdy dzień przynosił nowe tragedie. Wszędzie dookoła widać było napisy „Psom i żydom wstęp surowo wzbroniony”. Naziści mieli w zwyczaju wyskakiwać niespodziewanie z samochodu na rynek z nahajkami i krzycząc „Jude! Jude!” bili nieludzko.

Niemcy wymusili na nas kontrybucje. Reb Mordechaj Josef Werdygier został wzięty jako zakładnik. Pieniądze mieliśmy dostarczyć prezesowi Judenratu. Życie stało się nic niewarte.

Przypominam sobie teraz nazwiska pierwszych ofiar: Motek Wolfowicz, Cwi Diksztajn, którego niemieckie psy rozszarpały na strzępy, Fela Hamer, Gela Koniecpolska, Szaul Zilbersztajn, Lejb Brandes, Mosze Markowiecki, Roza Wolfsztat i inni. Pierwszą ofiarą była w każdym miasteczku inteligencja. Jedną z ofiar był nasz ukochany nauczyciel, błogosławionej pamięci Mosze Zilbersztajn, który był jedną z pierwszych osób wysłanych do Dachau. Jeśli ktoś ostał się przy życiu to był to tylko przypadek. Wszyscy szukaliśmy sposobu żeby uciec, żeby się ratować. Było mi ciężko rozłączyć się z rodzicami ale wiedziałam, że muszę to zrobić - muszę uciekać, bo innego wyjścia nie ma, i że wkrótce może i to nie będzie możliwe. Spakowałam szybko to co mogłam i ruszyłam na stację kolejową…

Będąc już daleko od mojego Jędrzejowa, dotarły do nas straszne wieści o naszej rodzinie. Mój ojciec oraz brat przeszli przez wszystkie obozy, by umrzeć wreszcie pod koniec wojny. Kiedy front rosyjski zbliżał się, Niemcy pędzili wszystkich więźniów dalej i dalej, w ostatnim  “marszu śmierci”, jak go nazywali.

Ludzie padali w drodze jak muchy, a pozostałych rozstrzelano.

Po wojnie przebywaliśmy jeszcze przez krótki czas w Polsce. Do Jędrzejowa nie przyjechaliśmy już nigdy ponieważ słyszeliśmy, że Majer Fridberg zapłacił swoim życiem kiedy powrócił po wojnie, aby sprzedać swój dom.

W każdym mieście powstawały komitety (żydowskie). Po pogromie kieleckim opuściliśmy Polskę. Mój mąż, jako kierownik kibucu „Mizrachi” zabrał ze sobą dwadzieścia osób. Ruszyliśmy w drogę do Izraela. W Austrii było nam lepiej. Spotkaliśmy tam resztkę żydowskiej młodzieży ze wszystkich partii syjonistycznych.

Podczas pierwszego święta Jom Kippur po wojnie byliśmy w Austrii. Zebraliśmy się wszyscy w wielkiej stodole. Modliliśmy się, ale szczerze mówiąc, więcej było płaczu niż modlitwy. Wspomnienie o naszych utraconych rodzinach było tak przeszywające, że nie jest możliwe, aby wyrazić to słowami. Serca płakały i krwawiły.

Nie wiem gdzie jest wasz grób, moi ukochani, skąd wziąć siłę aby za was wszystkich zmówić kadysz?

Boże, skaż Niemców na wieczne potępienie.



Ajzyk Kajzer / Tel Awiw

Moje wspomnienie o Jędrzejowie

Nasi Ocaleni [hebr. Szerit ha-Pleta - dosł. „ocalałe ostatki”; nazwa biblijna (1Krn 4,43) używana przez żydowskich ocalałych z Holokaustu na określenie siebie i społeczności, które tworzyli po wyzwoleniu ich wiosną 1945 roku. - przyp.]  pamiętają zapewne bardzo sympatycznego felczera Lejbla Sobkowskiego. Ze względu na jego swojski charakter nadano mu przydomek „profesor Lejbl” - przyjęty przez niego serdecznie i z uśmiechem.

Jędrzejowscy Żydzi darzyli go największym zaufaniem i gdy tylko ktoś w domu nie czuł się dobrze, zwracano się do niego niezwłocznie. Lejbl przedstawiał diagnozę, wypisywał receptę i chory rozpoczynał kurację.

Jeśli pacjent był strachliwy i obawiał się leczenia, bądź też w przypadku poważnej choroby, [Lejbl] wzywał miejskiego lekarza dra Przypkowskiego. Ten po rozmowie z chorym zwykle zgadzał się z diagnozą felczera. Dodawał przy tym pół żartem, pół serio: „Skoro profesor Sobkowski to przepisał, musimy się słuchać i robić co każe”.

Lejbl Sobkowski zdobył zaufanie także wśród ludności nieżydowskiej i liczba jego pacjentów stale rosła.

Los chciał, że Lejbl Sobkowski był jednym z ostatnich, którzy pozostali w Jędrzejowie po pierwszym wysiedleniu i których stłoczono w domu Skrzypczyka przeznaczonym na miejsce zamieszkania dla Żydów z małego getta. Sobkowski został wyznaczony jako medyk dla garstki Żydów, którzy jeszcze tam pozostali…

Oficjalnie mówiono, że zostajemy tam, by „likwidować” własność jędrzejowskich Żydów wysłanych do Treblinki. Albo, nazywając rzeczy po imieniu, by pakować i wysyłać to wszystko do Trzeciej Rzeszy, do rodzin morderców narodu żydowskiego. Jednakże już nazajutrz pojawili się w małym getcie gestapowcy i zabrali 40 mężczyzn do pracy na niedalekiej stacji kolejowej w Sędziszowie. Byłem jednym z owych 40 Żydów, których dzień w dzień wysyłano do pracy tamże.

Zafundowano nam tam wyładunek węgla z wagonów, które przyjeżdżały nieustannie z Zagłębia i Górnego Śląska. Pracowaliśmy tam bardzo ciężko pod ścisłym nadzorem gestapowca Milera, który szczegółowo wypytywał nas o nasze zatrudnienie przed wojną. Zauważyłem, że miał mnie na oku i kontrolował mnie bardziej niż innych. Czułem, że nie wierzy, że ja też byłem przed wojną robotnikiem. Zrozumiałem, że chodzi o pozbycie się mnie stamtąd…

Dzięki żydowskiemu policjantowi, który wręczył mi bilet kolejowy mogłem się stamtąd wyrwać i wrócić do garstki jędrzejowskich Żydów, którzy znajdowali się jeszcze w małym getcie.

Wszyscy ucieszyli się na mój widok i powitali mnie bardzo ciepło pomimo tego, że ledwo mogli mnie rozpoznać. Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy w Sędziszowie byłem wrakiem.

Nasi strażnicy chcieli mnie odesłać z powrotem do katorżniczej pracy w Sędziszowie. Jednakże dzięki interwencji Lejbla Sobkowskiego i doktora Bera pozostawiono mnie w małym getcie.

Pewnego poniedziałku nocą - w lutym 1943 roku - getto zostało otoczone przez niemieckich żandarmów, polskich policjantów i bandę folksdojczów, po czym poprowadzono nas na targowisko.

Czując, że nasze życie jest w niebezpieczeństwie, część z nas próbowała uciekać. Kilku udało się zbiec - był wśród nich Szmul Wargoń, jeden z chorych przebywających w szpitalu (żyje obecnie w Australii). Zobaczyliśmy później jak Niemcy rozstrzeliwują około 20 chorych ze szpitala. Po nich wzięli się za nas.

Zaprowadzono nas na ulicę Łysakowską, gdzie jakieś 4 miesiące wcześniej rozpoczęło się pierwsza wielka wywózka.

Po drodze kolejnych kilku z nas zostało zastrzelonych za próbę ucieczki z transportu.

Przybyły ciężarowe auta, którymi wysłano nas do Skarżyska. Zbliżając się do lasów chęcińskich, razem z Mosze Prajsem, Brajtbartem i Rakowskim przekupiliśmy pilnującego nas folksdojcza i uprosiliśmy go, aby jechał wystarczająco wolno byśmy mogli wyskoczyć.

Pierwsi skoczyli Prajs, Brajtbart i Rakowski, ale gdy kolejni Żydzi chcieli [zrobić to samo], folksdojcz zaczął strzelać. Ja nie zdążyłem wyskoczyć...

Folksdojcz oświadczył nam, że za każdego zbiegłego Żyda w Skarżysku rozstrzelanych zostanie dziesięciu. Ogarnęło nas śmiertelne przerażenie czując co nas czeka. Na nasze szczęście, tym razem Niemcy nie spełnili swojej groźby.

Rozpoczął się dla nas czas ciężkiej, nieludzkiej pracy niewolniczej. Na dodatek, dosłownie umieraliśmy z głodu.

Po przybyciu do obozu oznajmiono nam, że mamy obowiązek oddać wszystko, co posiadamy, jednakże Lejbl Sobkowski poradził nam by tego nie robić. Posłuchaliśmy go. Mieszkaliśmy razem i każdy z nas pomagał drugiemu jak tylko mógł.

Czuję, że moim świętym obowiązkiem jest przypomnieć, iż życie swoje zawdzięczam szlachetnemu, wspaniałemu Lejblowi Sobkowskiemu błogosławionej pamięci.

Chorując na tyfus plamisty, z ponad czterdziestostopniową gorączką wyszedłem do pracy - ponieważ pozostanie w obozie pachniało rychłą śmiercią… Natomiast pójście do obozowego szpitala oznaczało zejście żywcem do piekieł. Jednakże drogi Sobkowski, ryzykując własnym życiem, zapewnił mi wszelkie niezbędne lekarstwa oraz opiekę, ratując mnie od pewnej śmierci.

Kiedy Rosjanie zbliżali się do Polski, obóz został zlikwidowany. Rozesłano nas w różne strony - mnie do Buchenwaldu, a Sobkowskiego do Schlieben [oddział niemieckiego obozu koncentracyjnego Buchenwald w okolicach Lipska - przyp. MM], gdzie zmarł niestety przed wyzwoleniem.

Z Buchenwaldu przeniesiono nas do Dachau - było nas sześciuset Żydów. Strażnicy zamierzali nas zlikwidować ale zdarzył się cud - do obozu wkroczyła nagle amerykańska armia i wyzwoliła nas od bólu i cierpienia. Tułaliśmy się po Niemczech aż dotarliśmy do Frankfurtu gdzie utworzono komitet pomocowy. Z pomocą Jointu mieliśmy szczęście dotrzeć do Izraela, gdzie żyjemy dziś jako wolni ludzie we własnym kraju.



Abram Michel Gzibmacher

Urodziłem się w Wisznicach, małym miasteczku niedaleko Włodawy w guberni lubelskiej. Do Jędrzejowa przyjechałem z moimi rodzicami Yehonatanem i Chają Surą z domu Bejer w 1924 roku. Matka moja pochodzi z wielkiej chasydzkiej dynastii, jest wnuczką słynnego cadyka Michela Złoczewera [cadyk Jechiel Michel zwany Magidem ze Złoczowa, uczeń Baal Szem Towa - przyp. MM], po którym noszę imię, oraz Magida z Kozienic.

Mieszkaliśmy wcześniej w Sędziszowie w guberni kieleckiej, gdzie mój ojciec był zarządcą u właściciela ziemskiego Kamińskiego, który kupił dobra sędziszowskie od wielkiego bogacza i przedsiębiorcy Mosze Fefera.

Mój ojciec miał tam 60 mórg pola, które musiał zakupić od Michela Najmana z Wodzisławia i Rajzmanów z Jędrzejowa.

Młody dziedzic Kamiński był wielkim antysemitą. Ojciec mój opuścił dobra sędziszowskie.

W Jędrzejowie był mój ojciec zarządcą u polskich właścicieli ziemskich z całej okolic  i stąd czerpał swoje przychody. Uczyłem się w chederze, ukończyłem także szkołę powszechną, po czym wyuczyłem się zawodu malarza i zacząłem pracować w tym fachu.

W roku 1932 zostałem powołany do polskiej armii. Przydzielono mnie do 24. pułku ułanów imienia hrabiego Radziwiłła, który stacjonował w Nieświeżu niedaleko Baranowicz.

Służyłem tylko przez pół roku ponieważ dzięki ojcu mojego ojca uznano mnie za żywiciela rodziny i zwolniono ze służby wojskowej. Wróciłem wtedy do Jędrzejowa i pracowałem jako malarz.

Na osiem dni przed wybuchem wojny władze polskie zarządziły tajną mobilizację i również ja zostałem wówczas zmobilizowany. Wysłano nas na Białogon koło Kielc gdzie formowała się dywizja ułanów, która miała prowadzić wojnę przeciwko silnie zmotoryzowanej niemieckiej armii.

Stamtąd wysłano nas do Wielunia nad rzeką Wartą.

Po wybuchu wojny walczyliśmy zaledwie przez 24 godziny, do momentu otrzymania rozkazu wycofania się do Warszawy. Naszym punktem zbornym była Oksza koło Kocka [prawdopodobnie miejscowość Okrzeja - przyp. MM] ale na skutek straszliwego bombardowania przez niemieckie samoloty zginęło wielu z naszych, a pozostali zdezerterowali aby ratować życie… Także ja „pożegnałem się” z polskim mundurem, włożyłem cywilne ubrania i udałem się do rabina z Żelechowa, mojego krewnego. Stamtąd dowlokłem się do domu, do Jędrzejowa, który nadal istniał. Tam dowiedziałem się o trzech niewinnych Żydach rozstrzelanych przez Niemców aby, jak się zdaje, rzucić na nas blady strach. Zacząłem pracę i pracowałem do 10 grudnia 1939 roku. Wysłano mnie wtedy do słodowni, która była wtedy pod zarządem Niemców. Pracowałem tam nadal w swoim fachu, a także jako szklarz, którego to zawodu szybko się wyuczyłem. Otrzymałem oficjalny dokument, który pozwalał mi poruszać się bez przeszkód; bardzo pomógł mi także polski majster z Poznania Warbielski. Tak dobrze odnosił się do Żydów i wyświadczał im tyle przysług, że gdy wreszcie Niemcy dowiedzieli się o jego „zwyczajach”, rozstrzelali go.

Później zacząłem pracować wspólnie z Herszlem Wolfowiczem, jednym z przywódców jędrzejowskich rzemieślników. Tak nadszedł 16 września 1942 roku kiedy całą żydowską społeczność wysłano do Treblinki. Naziści obiecali nawet, że rodziny żydowskich robotników zostaną ale nie dotrzymali słowa.

Mój błogosławiony ojciec miał szczęście umrzeć w wieku 71 lat i być pochowanym, ale żadnej macewy nie mogliśmy mu wystawić.

Moja matka, moja siostra Ruchla, mój szwagier Izrael Manela z Zawiercia i ich mała córeczka Szifra, razem ze wszystkimi jędrzejowskimi Żydami zostali wywiezieni do Treblinki.

Byłem wśród „szczęśliwych” 239 Żydów, których pozostawiono w małym getcie.

Również moi przyjaciele Mosze Malarz i Wolf Brener ze swoimi szwagrami kwaterowali i żyli wspólnie w małym polskim domku w pobliżu dużego domu Skrzypczyka.

Starałem się dalej pracować w moim zawodzie bo w żadnym wypadku nie chciałem się znaleźć pośród tych, którzy likwidowali majątek po Żydach wysłanych do Treblinki.

O losie naszych braci w Treblince słychać było różne głosy. Nagle pojawił się jednak chłopak z Sędziszowa, Ezriel Fridman, a także Leon Wajntraub, którzy zbiegli z Treblinki i opowiedzieli nam o przerażającym końcu naszych najbliższych. Nie uwierzyliśmy im, nie mogliśmy także przyjąć ich w małym getcie ponieważ byli „obcy” i nie byli u nas zarejestrowani.

17 lutego 1943 roku naziści zlikwidowali także i małe getto jędrzejowskie, rozstrzelawszy wcześniej około 20 tak zwanych chorych na tyfus ze szpitalika. Między zabitymi był Pinio Brajtbort i Jekl Lederman. Szczęśliwym i niepojętym sposobem uciekł stamtąd chory Szmul Wargoń. Niemieccy mordercy otworzyli do niego huraganowy ogień ale ich strzały nie dosięgły go i po wojnie dotarł szczęśliwie do Australii gdzie mieszka do dziś.

W Skarżysku, gdzie nas wysłano, przez około trzy miesiące pracowałem w bardzo trudnych warunkach przy wyrobie pocisków dla ciężkiej artylerii. Ponownie wykorzystałem szczęśliwy przypadek i uciekłem stamtąd do lasu, skąd powędrowałem w kierunku Kielc. Było tam wciąż małe getto dla około tysiąca Żydów. Namówili mnie bym zmienił nazwisko na Fefer. Nosił je zbiegły stamtąd Żyd, który swoją ucieczką ściągnął na wszystkich niebezpieczeństwo. Zgodziłem się i zapłacili mi 25 tysięcy złotych. Pozostałem tam jedynie przez dwa tygodnie ponieważ to getto również zostało zlikwidowane, a wszystkich wysłano do Pionek, w pobliżu stacji kolejowej Garbatka (gubernia radomska). Pracowałem tam bardzo ciężko, ale również trochę handlowałem. Pozostałem tam aż do święta Rosz Haszana w 1944 roku. Przetransportowano nas stamtąd do dużego obozu Oranienburg, w którym internowanych było około 180 tysięcy mężczyzn i kobiet różnych narodowości. Żydów było bardzo mało i trzymano nas w izolacji. Było nas tam zaledwie 280. Przez sześć tygodni nie zatrudniano nas do żadnej pracy. Następnie wysłano nas do Gliwina [nie jest jasne o jaką miejscowość chodzi - w oryginale: ן‎גליווי - przyp. MM] gdzie od nowa budowaliśmy pionecką fabrykę.

Pozostawaliśmy tam przez dwa miesiące pracując bardzo ciężko. Dalej wysłano nas do Rathenau gdzie znajdowała się fabryka samolotów. Alianccy piloci starali się bardzo, nieustannie bombardując obiekty i obracając je w ruinę. Czuliśmy, że ocalenie jest blisko. 27 kwietnia 1945 roku armia sowiecka wyzwoliła nas z naszego nieszczęścia. Berlin upadł 9 maja 1945 roku. Świat został wyzwolony od planów i rojeń Hitlera.

Pojechałem do Polski, do Jędrzejowa, gdzie szukałem bliskich. Niestety nie znalazłem nikogo poza Benjaminem Gutmanem, który również poszukiwał członków rodziny. Powróciliśmy do Niemiec aby szukać dalej… i tam los się do mnie uśmiechnął! W Niemczech znalazłem moją narzeczoną, Rywkę Perlman z Siedlec, w której byłem zakochany jeszcze przed wojną… Nic nie mogło się równać naszej radości. Wzięliśmy ślub i wyjechaliśmy do Izraela - to była pełnia szczęścia. Mieszkamy w Bnei Brak, dzięki Bogu możemy utrzymać czworo naszych dzieci. Pracuję w swoim zawodzie jako malarz. Nasz najstarszy syn idzie teraz by wypełnić obywatelski obowiązek w Siłach Zbrojnych Izraela, a nie w żadnych ułanach w polskiej armii jak ja. Druga nasza córka pracuje jako urzędniczka. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi - jesteśmy wolnymi obywatelami Państwa Izrael!



Eliezer Rubinsztajn / Tel Awiw

Chewra Kadisza w Jędrzejowie

Istniały w naszym mieście rozmaite instytucje i bractwa dobroczynne jak na przykład Linas Chacedek [hebr. Uczciwy Nocleg - przyp. MM], którego celem było niesienie pomocy chorym i ich rodzinom z ofiarnością i współczuciem. Z kolej bractwo Gemilus Chesed udzielało nieoprocentowanych pożyczek drobnym handlarzom ledwo utrzymującym się przy życiu, które pozwalały im dalej prowadzić małe sklepiki stanowiące źródło ich lichych dochodów.

Ale tak jak w każdej żydowskiej gminie, również jędrzejowscy działacze żydowscy musieli dbać nie tylko o żywych, ale także o zmarłych. Dla tego celu istniało u nas bractwo pogrzebowe [Chewra Kadisza] zajmujące się zmarłymi.

Na czele Chewra Kadisza stał gabaj [zbierający datki dla ubogich oraz rozdysponowujący zgromadzone środki - przyp. MM], reb Josef Trajster błogosławionej pamięci, a wraz z nim również reb Henoch Isakow, reb Josef Okowita, reb Jakow Herszkowicz, reb Chaim Wygnański, reb Natan  Wygnański, reb Kalman Wygnański, reb Rubin Feldman i reb Chaim Mendel Rubinsztajn błogosławionej pamięci. Wszyscy wyżej wymienieni pracowali dobrowolnie czując, że wypełniają tym samym prawdziwą micwę [dobry uczynek]. 

Misaskim [hebr.] - społecznicy udzielający pomocy w pochówkach oraz niosący wsparcie dla rodzin zmarłych osób.
Członkowie bractwa pogrzebowego Chewra Kadisza w Jędrzejowie.

Pamiętam pewne zdarzenie, które miało miejsce gdy byłem jeszcze małym chłopcem. W czasie pierwszej wojny światowej rosyjsko-austriacki front zatrzymał się na brzegu rzeki Nidy, pomiędzy Chęcinami i Jędrzejowem. Trwało to kilka bardzo ciężkich, zimowych miesięcy.

Każdej nocy słychać było w Jędrzejowie odgłosy wystrzałów pomiędzy dwiema wrogimi armiami - Niemcami i Austriakami, którzy stacjonowali w Jędrzejowie, oraz Rosjanami znajdującymi się po drugiej stronie Nidy.

Komendantura oddziałów niemieckich zameldowała rabinowi jędrzejowskiemu, że w okopach frontowych nad Nidą znajduje się kilku poległych żydowskich żołnierzy. Rozkazano aby rabin przeprowadził zabranie ciał i pochowanie na cmentarzu żydowskim. Nasz rabin wezwał gabaja z Chewra Kadisza, reb Josefa Trajstra błogosławionej pamięci i opowiedział mu o wszystkim.

Reb Josef Trajster, wraz z innymi członkiem bractwa, imienia którego niestety nie pamiętam, rychło udali się na front. Nie licząc się z grożącym im niebezpieczeństwem dotarli do okopów i z wielkim poświęceniem wyciągnęli stamtąd zastrzelonych żydowskich żołnierzy, po czym przewieźli ich na jędrzejowski cmentarz.

Przez pięćdziesiąt lat, gdy przewodził jędrzejowskiemu bractwu Chewra Kadisza, gabaj Josef Trajster błogosławionej pamięci odznaczał się zawsze swoją energią i oddaniem. On sam, jak również inni, wymienieni wcześniej pomocnicy [hebr. misaskim - termin oznaczający członka bractwa pogrzebowego] zasłużyli na to, by ich imiona i dobre uczynki zapamiętane zostały na zawsze w naszej jędrzejowskiej Księdze Pamięci.

Niech ich imiona pozostaną uświęcone w naszej pamięci - na całą wieczność!



I-l D-cz (Izrael Dutkiewicz)

Hilel Dutkiewicz błogosławionej pamięci

Będąc młodym chłopcem, może nawet nie mając lat 16, Hilel Dutkiewicz porzucił swój przytulny dom rodzinny w Jędrzejowie i tuż po pierwszej wojnie światowej, w 1918 roku, udał się do Erec Isroel [Ziemi Izraela - przyp. MM], nie posiadając pozwolenia na podróż (certyfikatu od władz angielskich), (...) wierząc mocno, że dzięki swej silnej woli uda mu się, jak i jego przyjaciołom, dotrzeć do Ziemi Izraela.

I udało im się choć nie tak łatwo to sobie przedstawiali…

Długo, bardzo długo wędrowała grupa ponad stu chaluców z Polski przez Katowice, Wiedeń i rozliczne europejskie miasta portowe, cierpiąc głód i niedostatek aż nadeszło wybawienie i mogli radować się przekraczając ostatnią granicę by wreszcie dotrzeć do Erec Isroel!

Hilel Dutkiewicz przeświadczony był o swojej słuszności, o tym, że że jego droga jest właściwa i że będzie budował swoją własną przyszłość w kraju swoich marzeń - w Ziemi Izraela!

Hilel był jednym z założycieli kwucy Geva [kwuca - rolnicza wspólnota gospodarcza - przyp. MM] w dolinie Jezreel, w którą włożył mnóstwo trudu i sił - za dnia pracował, wieczorami zaś trzymał wartę (...) . Kilka lat później wyjechał do Niemiec ale także tam pozostał wierny swoim ideałom i pracował na rzecz Kraju Izraela.

Gdy Hitler, niech jego imię będzie wymazane, doszedł do władzy w Niemczech, Hilel Dutkiewicz wyjechał i począł wędrować z kraju do kraju. Był w Holandii, Belgii, Francji i Włoszech.

Tam poznał swoją przyszłą żonę Fridę i wziął z nią ślub w Mediolanie. Stamtąd wyjechali razem do południowej Afryki gdzie urodził się ich syn Szlojmele. W 1941 roku dotarli do Ameryki.

Odnosił tam duże sukcesy w nowym biznesie. Jednocześnie, obudziła się w nim tęsknota za Izraelem. Wspierał hojnie izraelskie fundacje , kilkakrotnie odwiedzał Kraj i postawił sobie za ostateczny cel zamieszkać kiedyś w Izraelu.

Niestety, nie miał szczęścia doczekać urzeczywistnienia swoich snów za życia. W1960 r. zmarł po dwuletniej, ciężkiej chorobie w wieku 57 lat.

Jego ostatnią wolą wobec żony i syna było:

„Pochowajcie mnie w Izraelu. Niech choć moje kości tam spoczną!”

Jego wola została wypełniona i na jerozolimskim cmentarzu odpoczywa snem wiecznym dwóch braci. Ich groby znajdują się obok siebie, a napis na macewie głosi:

„Tu spoczywa dwóch braci, Hilel i Szmul Dutkiewicz błogosławionej pamięci”.

Zmarły Hilel osiągnął swój cel choć niestety trochę zbyt późno.

"Kochający się i mili przyjaciele, za życia i w śmierci nie są rozdzieleni" [nawiązanie do słów Dawida na wieść o śmierci Saula i Jonatana - 2 Księga Samuela (2 Sm 1, 23) - tłumaczenie za Biblią Tysiąclecia].



Jakow Elbojm błogosławionej pamięci / Tel Awiw

Z moich przeżyć podczas drugiej wojny światowej. Wspomnienia

Ucieczka z Jędrzejowa w roku 1939

Do wybuchu wojny mieszkałem w Jędrzejowie. Nasze miasteczko było w zasadzie spokojnym i cichym miejscem, gdzie Żydzi żyli nieźle. Toczyło się tam też spokojne życie społeczne. Do wybuchu wojny dobrze rozwijała się tam działalność wszystkich [żydowskich] partii.

W niedzielę 3 września 1939 w naszym spokojnym mieście wybuchło ogromne zamieszanie, zwłaszcza wśród Żydów, którzy czuli instynktownie, że stoją przed krwawą powodzią, która zmiecie ich z horyzontu.

Z jednej strony, wszystkimi ulicami maszerowały zuchwałe hitlerowskie zastępy, dumne z łatwego zwycięstwa; z drugiej - żydowska ludność z kosturami w rękach wlokła się wszystkimi drogami w poszukiwaniu nowego miejsca dla siebie i swoich maleńkich dzieci.

Ludzie uciekają. Niektórzy na furze ciągniętej przez konie, ale większość pieszo, z pakunkami na plecach, z rodzicami w podeszłym wieku, wokół nich kobiety z małymi dziećmi.

Uciekających odprowadzają z “niemiecką precyzją” samoloty, które bez końca i bez litości zrzucają bomby na niewinną i bezbronną ludzką masę. Wszystko się trzęsie. Domy wylatują w powietrze. Wśród uciekających nie brakuje ofiar.

Wszystkie państwowe instytucje są ewakuowane, wszystko pakuje się w pośpiechu. Władze i urzędnicy są w panice i uciekają wraz z tłumem, nie wiedząc dokąd…

Cywile są zagubieni - widzą, że są bezbronni. Nie ma żadnych władz, nie ma wojska, nie ma broni. [Ludzie] widzą, jak ich domy i dobytek są niszczone, płoną i nie wiedzą nawet co przyniesie im kolejny dzień…

Przeklętego 3 września 1939 roku nie zapomnę do końca moich dni!

Potworny marsz przez Polskę

Opuściwszy dom mojej młodości, wlokę się bezwiednie wśród potoku bezdomnych, którym towarzyszą bezlitośni i okrutni niemieccy lotnicy, bez ustanku zrzucający bomby zapalające. A liczba ofiar wciąż rośnie…

Rodzice zostawiają za sobą strzępy dzieci, które padły ofiarą bomb, i idą dalej… To samo robią dzieci, które w bombardowaniach straciły rodziców.

Po przybyciu do wsi Mnichów pod Jędrzejowem, napotkałem tam znanego chrześcijanina, ważną osobistość, członka polskiego Senatu, który również uciekał. Pytam go: „Dokąd uciekamy?” On odpowiada z całkowitą pewnością: „Musimy się przedostać na drugi brzeg rzeki Nidy, tam bohaterska polska armia da odpór i stamtąd wrócimy do domu”…

Docierając nad brzeg Nidy, nie znaleźliśmy żadnego śladu polskich żołnierzy… Charakterystyczne, że nawet wysocy polscy urzędnicy, jak ten senator, sądzili naiwnie, że Polska jest w stanie prowadzić wojnę i stawić opór siłom hitlerowskim. To pokazuje, że polska władza nawet przed swoimi urzędnikami i zwykłymi obywatelami ukrywała prawdziwy stan swojej armii.

W Mnichowie spotkałem wielu znanych Żydów z Jędrzejowa, jak również z innych miasteczek, którzy, biedni, tułali się ze swoimi walizkami i plecakami nie wiedząc dokąd uciekać…

Spotkałem tam również naszego chasydzkiego działacza i miejscowego bogacza, reb Mordechaja Josefa Werdygiera błogosławionej pamięci, ubranego w tałes, trzymającego w dłoni tefilin. Na moje pytanie: „Reb Mordechaj Josef, dokąd idziemy?” odpowiedział mi zrozpaczony: „Ja idę na tułaczkę z moim żydowskim narodem!” I tak poszliśmy dalej aż do Chmielnika, gdzie chcę trochę odpocząć. Nie jest mi to jednak pisane - nagle wzbiera tumult i wszyscy chmielniccy Żydzi zaczynają uciekać wraz z nami…

Wędrujemy dalej. Byliśmy w Busku, Stopnicy, Staszowie, dowlekliśmy się wreszcie do małej mieściny zwanej Bogoria. Ale tutaj również, jak się okazuje, nie możemy zaznać ani minuty odpoczynku. Znów wybucha ogromna panika. Ogromna armia samolotów niemieckich próbuje zmieść ważny strategiczny punkt Bogoria z bożego świata, wykazując przy tym nie lada „odwagę”!…

Ci, którzy przeżyli atak lotniczy na Bogorię, ruszają dalej. I tak, jesteśmy najpierw w Ożarowie, potem Rachowie [ראַכאָוו - prawdopodobnie Raków koło Łagowa co wskazuje być może, że autor przywołuje nazwy mijanych miejscowości w przypadkowej kolejności, niekoniecznie odpowiadającej faktycznej marszrucie - przyp. MM], Opatowie, Zawichoście, by wreszcie dotrzeć nocą do Sandomierza, gdzie chcemy przejść na drugą stronę Wisły. Ale most również został zbombardowany i jest zamknięty dla nieszczęsnej masy tułaczy - przepuszcza się tylko „bohaterską” polską armię, która ucieka wciąż dalej i dalej od wroga…

Żydzi są zrozpaczeni. Płacz i zawodzenie młodych i starych jest nie do opisania. Wszyscy bez wyjątku mówią: „Lepiej byłoby rzucić się do Wisły niż wpaść w ręce hitlerowskich morderców!”…

Nagle zjawia się polski oficer i krzyczy: „Biegnijcie czym prędzej przez most!” Powstaje nieopisany tumult. Ludzie zmieniają się w zwierzęta. Biegną jak szaleni, tratując starych, chorych, kobiety i dzieci. Każdy chce jak najszybciej pokonać most.

Uciekaliśmy dalej jeszcze kilka kilometrów, aż do pierwszej polskiej wsi. Tam odpoczęliśmy chwilę, po czym poszliśmy dalej, do Rozwadowa w Galicji.

Masowy mord dokonany przez niemieckich lotników

Tam przeżyliśmy bestialski moment, którego nie zapomnę do końca życia. Na stacji kolejowej stały trzy pociągi pasażerskie pełne wygnanych z domu ludzi. Znienacka nadleciało mnóstwo niemieckich samolotów, zrzucając na pociągi bomby zapalające. Lokomotywy i wagony zostały rozerwane na strzępy. Wszyscy uciekinierzy spłonęli. Niemieccy mordercy odnieśli zwycięstwo. Cieszyli się widząc żywe płonące pochodnie, patrząc na niewinne, nieszczęsne ofiary…

Szatan cieszył się pokazując swoją siłę - zmieniając pięknie umundurowanych niemieckich lotników w zwierzęta! 



Jakow Wilczkowski

Urodziłem się w Jędrzejowie. Moimi rodzicami byli Mosze i Cerka (z Sędziszowa). Mieszkaliśmy przy ulicy Kieleckiej pod numerem 2. Moi rodzice mieli sklep z owocami i artykułami spożywczymi przy ulicy Kościelnej 1. Obecnie mieszkam w Ramat-Gan przy Rehovot HaNahar 19.

Krótko po wybuchu wojny wyjechałem wraz z ojcem do Chmielnika. Stamtąd ojciec mój uciekł dalej - do Staszowa. Szybko wrócił jednak do Chmielnika i pozostaliśmy razem u mojego wuja Menachema Mendla Wilczkowskiego. Wróciliśmy stamtąd do Jędrzejowa i zatrzymaliśmy się wszyscy, razem z moją matką, trzema siostrami: Ester, Libe i Belą, jak również moim młodszym bratem Szmulem, we wsi u znajomego chłopa, któremu dobrze zapłaciliśmy za niedogodności z tym związane. Nasz sklep stał się bezpański i nazistowscy żołnierze zrabowali wszystko.

Zaczęło się wyłapywanie ludzi do pracy prosto z ulicy, a nawet z ich własnych domów. Nasi „dobrzy” sąsiedzi, Polacy, świętowali i pokazywali gdzie jest teraz miejsce Żydów.

Zaczęła się praca przymusowa - uprzątanie ruin zbombardowanych domów, sprzątanie ulic i chowanie zabitych. Wkrótce zaciągnięto do pracy jeszcze więcej ludzi - tak dużo jak to było możliwe, aby znęcać się nad jak największą liczbą Żydów.

Pewnego dnia zgromadzono kilkuset młodych chłopców i wysłano ich do Cieszanowa. Przebywałem tam przez osiem tygodni. Następnie wysłano nas do Lublina, do dużego obozu przy ulicy Lipowej 7, gdzie znajdowało się już wtedy kilka tysięcy Żydów. Pracowałem w stolarni kierowanej, co oczywiste, przez SS-mana.

Warunki tam były jeszcze do przeżycia bo nadal dostawaliśmy paczki żywnościowe z domu.

Dotarłem do Kraśnika - tamtejszy Judenrat pomógł mi w dalszej podróży.

Judenratom z okolic Lublina niech będzie na zawsze zapamiętane, że pomogły zbiegłym Żydom uciec jak najdalej…

W ten sposób dowlokłem się jakoś do domu. Tam pozostałem do połowy 1942 pracując na kolei jako stolarz.

Podczas pierwszego wysiedlenia z Jędrzejowa cała moja rodzina została wysłana do Treblinki. Ze smutkiem i bólem wspominam fakt, że mogłem uchronić mojego ojca od pierwszej deportacji załatwiając mu pracę jako stolarz, ale on nie chciał opuścić mojej matki i mojego rodzeństwa. Zdecydował się dzielić z nimi ten gorzki los. Nie wiem czy udałoby mi się go uratować, ale może zostałby przy życiu…

Po pierwszym wysiedleniu nie dopuszczono mnie więcej do pracy na kolei. Pozostałem w małym getcie żeby pracować przy likwidacji dobytku wysiedlonych jędrzejowskich Żydów.

W lutym 1943 roku wszystkich nas pozostałych dotąd w mieście wysłano do Skarżyska gdzie zostaliśmy zatrudnieni w fabryce „HASAG” (Hugo-Schneider Aktiengesellschaft). Tam również pracowałem jako stolarz aż do połowy 1944 roku. Armia rosyjska dotarła wtedy nad Bug, a nas wysłano do Buchenwaldu.

Przez pierwsze dziesięć dni dawano nam bardzo dobre jedzenie i pozwolono odpocząć. Nie rozumieliśmy jakie plany mieli naziści. Jak się później okazało, chcieli aby nasi nowi zarządcy widzieli nas zadbanymi i zdolnymi do pracy. Po „dziesięciu sytych dniach” zaczęły się dni bólu i niedoli. Z jednej strony harówka, a z drugiej - złe jedzenie, którego w dodatku było bardzo mało. Tak naprawdę ledwo starczało żeby utrzymać nasze dusze przy życiu. A ponadto - bezlitosne bicie bez końca…

Nasz nowy „raj” nazywał się Schlieben, 90 km od Lipska. Pracowaliśmy tam w grupach po 25 osób i produkowaliśmy narzędzia dla robotników.

W tej gehennie przetrwałem do 25 kwietnia. Przetransportowano nas wtedy do Theresienstadt, gdzie pozostałem do 9 maja 1945 roku kiedy wyzwoliła nas Armia Czerwona.

Jak się później dowiedzieliśmy, nazistowscy mordercy rozpoczęli przygotowania do zabicia wszystkich Żydów i innych więźniów, którzy znajdowali się wtedy w obozie. Na szczęście szybki triumf Armii Czerwonej pogrzebał ten szatański plan. Niestety bardzo wielu więźniów nie miało tyle szczęścia - zmarli po wyzwoleniu obozu, właściwie padali jak muchy.

Szybko wyruszyłem do Jędrzejowa mając nadzieję, że odnajdę tam kogoś z moich bliskich. Z największym bólem przekonałem się, że czeka mnie gorzkie rozczarowanie. Bałem się nawet podejść do naszego domu i sklepu bo polscy antysemici mordowali każdego Żyda, który miał czelność pokazać się w swoim zniszczonym domu…

Będąc w Jędrzejowie przez trzy dni ukrywałem się ciągle przed wrogimi spojrzeniami. W końcu wyjechałem do Wrocławia.

Później z Landsbergu w strefie amerykańskiej wyruszyłem do Holandii, gdzie pracowałem przez trzy lata w dużej fabryce radioodbiorników „Philips”.

W roku 1950 przyjechałem do Izraela, gdzie żyję szczęśliwie.



Mosze Trzciński (Chenciński / Chęciński) / Nowy Jork

Zachariele dorożkarz i jego konkurenci

Jędrzejów posiadał pewną liczbę dorożkarzy, którzy zarabiali wożąc pasażerów na stację kolejową i z powrotem. Był wśród nich powszechnie znany Jehoszua (Szyja) Dorożkarz, który poza tym, że posiadał parę własnych szkap i wóz, miał też kilka córek, które zwykły pomagać ojcu zarabiać na chleb. Karmiły i poiły konie, prowadzały je do kowala, solidnie smagając je przy tym batem.

Jedna z córek siadywała zawsze na koźle, a pozostałe dwie stały na końcu ulicy Klasztornej nawołując pasażerów żeby ci pospieszyli się i jechali na dworzec wyłącznie z nimi. Wieczorem jednak ojciec osobiście woził pasażerów na stację.

Było u nas jeszcze dwóch dorożkarzy - bracia Benjamin i Herszel Grinski. Dlaczego nadano im przydomek „Grinski”, nikt nie wie do dziś. Benjamin, starszy z braci, był zgodnym i cichym człowiekiem. Nawoływał pasażerów ale bez [zbędnego] zgiełku. Herszel był jego przeciwieństwem. Nosił wysokie buty z zawsze błyszczącymi cholewami - można się w nich było przeglądać jak w lustrze. Nikt nie wiedział jak on to robił - sądziliśmy, że jego buty pokryte są specjalnym lakierem. Gdy nawoływał pasażerów, zwykł krzyczeć na całe gardło: „Dobrzy ludzie!”, smagając jednocześnie batem, „Chodźcie szybciej! Za chwilę odjazd! Jest już późno!”

Jednakże honorowe miejsce zajmował wśród dorożkarzy Zachariele. Był to niski, chudy Żyd, zawsze ubrany w długą kapotę sięgającą do kostek i trzymający w ręku bat niczym rycerz z bajki. Wydawał się przez to jeszcze mniejszy niż był w rzeczywistości. Przechwalał się zwykle, że nie zdarzyło mu się nigdy spóźnić na pociąg. I faktycznie - gdy pozostałych dwóch - trzech dorożkarzy było w połowie drogi na dworzec, Zachariele stał już na swoim miejscu i czekał na spóźnionego pasażera. Widząc Zachariele można było być pewnym, że do pociągu jest jeszcze wystarczająco dużo czasu. Wyglądało to jak tajna umowa pomiędzy maszynistą a samym Zachariele, że pociąg nie odjedzie ze stacji dopóty, dopóki nie przybędzie Zachariele ze swoimi pasażerami.

Dorożkarze zwykli stukać w środku nocy w okiennice tych, którzy powinni jechać na pociąg. Krzyczeli przy tym: „Szybciej, już późno!”

Swój główny zarobek zawdzięczał Zachariele nocnym pasażerom. Z nim byli pewni, że będą mogli pospać odrobinę dłużej. Miał w zwyczaju budzić ich w ostatniej chwili, gdy trzeba już było gnać czym prędzej.

Zachariele nigdy nie używał bata. Zwykł mówić do swoich szkap w jidysz, a one, jakby rozumiejąc jego przemowy, machały ogonami. „Ruszajcie się, szkapy” - przekomarzał się z nimi - „widzicie przecież, że pociąg pędzi jak jeleń! No to wio! Pędem, żeby moi pasażerowie nie zostali w domu!” i tak dalej. [Zachariele] zawsze przyjeżdżał na czas wobec czego jego pasażerowie musieli biec na łeb na szyję i zwykle nie starczało nawet czasu by kupić bilet, nie wspominając o zapłaceniu za przejazd dorożką. Nic to jednak! Nie spóźniliśmy się!

Zachariele prowadził jednakże swoją buchalterię - pamiętał każdego jednego pasażera i wykłócał się z każdym przedstawiając rachunek: Josl i Pinkas - dwie osoby; Długi Josek - jedna osoba; Szmadszke, którzy wozili kury na niemiecką granicę - trzy osoby; Herszel od Natana Zeracha - jedna osoba; Hirsz Majer Icek od Natana Zeracha - jednak osoba, i tak dalej. W ten sposób prowadził swoje rachunki i pamiętał o długach. (...). Ale satysfakcję czerpał przede wszystkim z faktu, że nigdy nie spóźnił się na pociąg!

Zachariele miał żonę i dwóch malutkich synów, z których jeden był mniejszy od drugiego, a obaj mieli pulchne, okrągłe twarze.

W piątek Zachariele był pierwszym, który opuszczał rynek wraz ze swoimi „szkapami”. Wracał do domu i natychmiast zaczynał przygotowania aby pójść do łaźni. Wychodził potem na ulicę i szedł w kierunku mykwy wraz ze swoimi synami. Po wejściu do środka od razu zajmował wraz z nimi najwyższą ławkę, skąd następnie przez cały czas pokrzykiwał smagając się miotełką: „Jeszcze jedną szuflę! Jeszcze jedną!”

Kiedy kończył smagać witką siebie i dzieci wśród gęstej pary, schodził z nimi powoli razem ze swojej ławki po czym wyprowadzał je i sadzał w pobliżu mykwy. Sam wracał znów do środka, zanurzał swoją miotełkę we wrzącej wodzie i ponownie zabierał się do pracy. Wspinał się znów na najwyższą ławkę i na nowo zaczynał chłostać się, gwiżdżąc przy tym szabasowy nigun, od czasu do czasu pokrzykując z lubością: „Chłoszczcie się Żydzi! Chłoszczcie się, a będą wam odpuszczone wasze grzechy!” Następnie schodził powoli z ławki i zabierał pozostawione przed mykwą dzieci, które następnie po kolei zanurzały się w wodzie.

Po kąpieli Zachariele przechadzał się z przyjemnością ulicami, z rękami założonymi na plecach, mając wokół siebie dzieci z czerwonymi policzkami. Wyglądał jak król idący ze swojego „zamku” wraz z „doradcami”… Dochodząc do swojej uliczki, nigdy nie przepuszczał okazji by zajrzeć przez okno do domu Natana-Bera Chencińskiego [Chęcińskiego] gdzie żydowska publika rozprawiała o polityce lub syjonizmie pijąc piwo (...). Zwykł wtedy mruczeć sam do siebie: „Najdroższa szklaneczka piwa Haberbusch & Schiele”.

W sobotni poranek Zachariele stroił się w swoją odświętną, szabasową kapotę i aksamitny kapelusz, niczym bajkowy „piękny Żyd”, po czym wychodził na ulicę z rękami założonymi na plecach, a jego synowie wraz z końmi - za nim. Był to jego odświętny spacer nad rzekę - podśpiewując szabasową piosenkę, był zadowolony z siebie i bożego świata. Wskazywał tylko szkapom drogę nad rzekę, naprzeciwko kościoła , a konie same wracały we wskazanym kierunku by z lubością pić zimną wodę.

Prawdziwy spacer odbywał Zachariele popołudniu, po drzemce. Wcześniej zajadał się ze smakiem i do syta szabasowymi potrawami. Trochę śledzia, jajka z cebulą, dobry tłusty czulent i szklanka gorącej herbaty (...) i hajda na ulicę. Tam spotykał zwykle swoich pasażerów i każdy z nich prosił przy okazji, aby obudził go w nocy na pociąg. On machał jednak ręką i mówił: „Fe! Święty szabat! Da B-g, po popołudniowej i wieczornej modlitwie, wtedy porozmawiamy!" [odpowiednio: mincha i maariw: W czasie szabatu zabrania się załatwiania interesów oraz rozmów o pieniądzach - przyp. MM]

Zachariele czerpał radość z szabatu, a nie gorzej niż on bawiła się jego żona i synowie obserwując jego zachowanie.

Dwóch „Szmelke”

Aby pokazać trochę ludowy charakter Jędrzejowa, przedstawię tutaj również epizod dotyczący dwóch postaci naszego sztetla.

Było w Jędrzejowie dwóch Żydów imieniem Szmelke. Pierwszy mieszkał przy ulicy Wodzisławskiej, a drugi, Szmelke Bimko, przy Klasztornej. Kiedy ktoś wymawiał imię Szmelke, pytano od razu: Ale który? „Szmelke w sztrejmlu” [sztrejml - futrzana czapka, świąteczne nakrycie głowy aszkenazyjskich Żydów, przede wszystkim chasydów - przyp. MM] czy „Szmelke z miesiącem”?

Skąd wzięły się te przydomki?

„Szmelke w sztrejmlu” przylgnęło do niego po tym jak i nie chciał wejść pod chupę [chupa - baldachim, pod którym zawierany jest związek małżeński w judaizmie - przyp. MM] dopóty, dopóki nie otrzyma obiecanego posagu. Ten zaś składał się właściwie tylko ze… sztrejmla. Opowiadano, że jakiś czas przed swoim ślubem wysłał telegram do rodziców panny młodej : „Jak nie będzie sztrejmla to Szmelke nie przyjedzie!”

(…)

Drugiego Szmelke nazwano „Szmelke z miesiącem” [Szmelke mitn chojdesz] po tym, jak przydarzyła mu się następująca historia: pewnego razu doniesiono policji, że do domu Szmelke przybył przedstawiciel socjalistycznej organizacji i że prowadzi tam nielegalne zebranie. Gdy policja obstawiła dom, referent wraz ze zgromadzoną młodzieżą podjął próbę ucieczki. Po nielegalnym zgromadzeniu pozostały jednak odezwy i inne dokumenty. Szmelke został zatrzymany w majestacie prawa, a następnie skazany na miesiąc aresztu w kieleckim więzieniu. Kiedy odsiedział karę i powrócił do domu, każdy, kto go spotkał życzył mu „dobrego miesiąca” [a gutn chojdesz - pozdrowienie na pierwszy dzień nowego miesiąca - przyp. MM] i w ten oto sposób przylgnęło do niego na zawsze przezwisko „Szmelke z miesiącem”…



Mosze Wajcman / Nowy Jork

Czwartek w Jędrzejowie (wspomnienia)

Moje wspomnienia z miasteczka Jędrzejów, w którym się urodziłem, budzą we mnie obrazy z przeszłości. Moje oczy do dziś widzą wszystkie ulice i uliczki, które były mi zawsze tak drogie.

Widzę piękne zielone pola dookoła naszego sztetl, piękne sady owocowe, pełne soczystych jabłek i gruszek, które zdobiły miasto ze wszystkich stron.

Pamiętam jędrzejowskie szabaty w latach mojej młodości - w piątek wieczór chłopcy i dziewczęta z różnych grup społecznych, wykształceni i prości, wychodzili na drogę do lasku w Podchojnach, a spacerując śpiewali różne ludowe piosenki. Ze wszystkich, które zwykliśmy śpiewać, szczególnie utkwiła mi w pamięci pieśń „Kinder-jorn” [„Lata dziecięce” - piosenka Mordechaja Gebirtiga - przyp. MM]:

Och, moje dziecięce lata, na zawsze pozostaniecie żywe w mojej pamięci!

Trzymając pióro w dłoni aby zapisać garść wspomnień, odkrywa się przed moimi oczyma miejsce, w którym urodziłem się i wychowałem, wszystkie zaułki miasta, w którym przeżyłem to, co najpiękniejsze i najdroższe - dusza moja.

Pamiętam także coś z jędrzejowskiej rzeczywistości - czwartkowy targ. [Przypominam sobie, że] w środę wieczorem żydowscy sklepikarze i handlarze zaczynali zerkać w niebo. Zawsze gdy pojawiały się chmury, zwykli z drżącym sercem prosić Boga: „Dobry Boże! Wstrzymaj deszcz do piątku - targ musi się odbyć!”

A kiedy Bóg wsłuchiwał się w ich prośby i w czwartek rano wychodziło słońce, kupcy i rzemieślnicy wznosili ręce ku niebu i cicho szeptali słowa wdzięczności dla Stworzyciela Wszechświata, który nie nie zostawił swojego Ludu Izraela…

O świcie ulice i uliczki były jeszcze puste. Z daleka słychać było końskie rżenie - był to pierwszy sygnał, że nadchodzą. Ze wszystkich stron zaczynały się zjeżdżać chłopskie fury załadowane wszystkim co najlepsze, kurami i jajkami, owocami i warzywami, z chłopką i jej dziećmi, którym trzeba było kupić jakieś „mecyje”.

Z drugiej strony dochodziło skrzypienie drzwi. Żydowski Jędrzejów też chciał się załapać. Żydzi biegli w tałesach i tefilin chcąc zdążyć na wspólną modlitwę. Wszyscy kłócili się o pierwszy minjan [kworum modlitewne niezbędne do wspólnej modlitwy, wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn – przyp. MM]. Krótko mówiąc, dziś każdy się spieszy, cóż począć?

 1898r. - czwartkowy targ w Jędrzejowie 1898r. - czwartkowy targ w Jędrzejowie 1898r. - jędrzejowscy Żydzi handlujący butami

Składy [wokół Rynku] otwierają się szybko, również wszystkie stragany wypełniają się produktami. Efraim jest pierwszym, który rozkłada swoje produkty, owoce i warzywa - od bramy aż do zakładu Minca.

Wkrótce pojawiają się także tandeciarze ze swoimi ubraniami (...), szewcy z butami. Dalej dołączają kolejni kupcy - ktoś z galanterią, ktoś z zabawkami, wreszcie ktoś z jedzeniem i zimnym bimbrem.

Większość chłopów, którzy przybywają do miasta z własnymi plonami, przyjeżdża z dużym opóźnieniem. To chłopi, których energiczni kupcy zatrzymali na rogatkach miasta wykupując cały towar. Ale nie wszyscy chłopi dają się zatrzymać. Ci z nich, którzy mają żyłkę do handlu będą windować ceny do tych, które płaci się w mieście - ich, broń Boże, nie oszukasz…

Około godziny 10 rano jarmark jest już w pełnym rozkwicie. W miasteczku jest tłoczno i gwarno. Tak jest do południa. Później targ zaczyna się kurczyć. Chłopi kończą swoje zakupy, przeliczając pieniądze, które im jeszcze zostały.

Jeśli jarmark był udany, kupują coś jeszcze lub idą do szynku zabawić się.

Żydowscy kupcy i rzemieślnicy również podliczają rachunki i pozostały zarobek. Zastanawiają się komu trzeba udzielić pożyczki [niskoprocentowa lub bezprocentowa pożyczka udzielana Żydom w potrzebie przez społeczną kasę pożyczkową Gemilus Chesed - przyp. MM], a kto może jeszcze zaczekać do jarmarku w innym miasteczku. Planują gdzie i kiedy jechać aby załapać się na kolejny dobry jarmark lub dzień targowy. Podliczają rachunek zysków.

Tak żyli i handlowali nasi jędrzejowscy bracia, brali śluby, dawali hojne posagi, zakładali rodziny - do czasu gdy przyszedł diabeł i unicestwił wszystko na tym bożym świecie. Zawsze będziemy nosić pamięć o nich głęboko w naszych sercach. 



Lejbusz Fejgenbojm / Jaffa

Fakty

Przytaczamy tutaj skrót listu, jaki Lejbusz Fengenbojm napisał do Związku Jędrzejowerów w Izraelu [tzw. ziomkostwo dawnych mieszkańców Jędrzejowa. Organizacje tego typu istniały po wojnie w wielu miejscach na świecie - przyp. MM] jeszcze będąc w Polsce (Zielona Góra, Dolny Śląsk), [z datą] 1 stycznia 1959 roku.

„ (…) Chcę wam napisać o tych, którzy, jak sądzę, zasłużyli sobie na to by zostać uwiecznionymi w naszej jędrzejowskiej Księdze Pamięci.

W pierwszym rzędzie przypomnieć się powinno nasze pierwsze ofiary, zamordowane w czasie hitlerowskich prześladowań, wkrótce po wybuchu wojny: Mordechaja Szlara [שלאר - polska pisownia nazwiska mogła również brzmieć Szlor lub Szeler], niech B-g pomści jego krew zięć Chaimowicza, niech B-g pomści jego krew, Kochen (wnuk błogosławionej pamięci Dawida Helberga) i syn Rubina Feldmana, złotnika. Wszyscy oni mieszkali przy ulicy Pińczowskiej i Rynku. Ich gorzki koniec wywołał wielki smutek i niepokój wśród całej ludności żydowskiej.

Honorowe miejsce w Księdze Pamięci winno być również dane wspomnieniu Mosze Zilbersztajna, niech B-g pomści jego krew. Będąc członkiem Judenratu czuł zawsze, że jego świętym zadaniem jest niesienie pomocy Żydom i ratowanie ich od śmierci. Zylbersztajn poświęcił siebie dla swoich braci i zawsze dokładał starań by ostrzegać ich na czas przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Dzięki niemu wielu Żydów uratowało się od śmierci. Za swoją dobroć zapłacił życiem.

Już w 1940 roku został aresztowany i wysłany do obozu śmierci Dachau gdzie zginął jako męczennik, jako strażnik swoich bezbronnych braci.

Winni być również wspomniani dwaj bracia, Herszel i Mosze Trajster, niech B-g pomści ich krew. Obaj prości Żydzi, mający prawdziwe żydowskie serca i zawsze gotowi pomagać każdemu człowiekowi w jego niedoli - pieniędzmi, żywnością i przede wszystkim wyróżniali się materialną i moralną pomocą dla chorych.

Również oni zostali aresztowani przez gestapo w 1940 roku i wysłani na pewną śmierć.

Wyjątkowi byli w tym trudnym i gorzkim czasie reb Jakow Kaufman i jego trzej synowie: Zusman, Abram i Icchak, niech B-g pomści ich krew. Nie stracili swojej ludzkiej godności i mieli dość odwagi jako członkowie Judenratu by przypominać o jego obowiązkach wobec żydowskich braci.

Kiedy w 1940 roku zebrano 300 młodych i wysłano ich na roboty do Bełżca, reb Jakow Kaufman zorganizował ich rodziców aby protestowali przeciwko aresztowaniu i aby Judenrat zrobił coś dla nich.

Chcę również przypomnieć piękną postać Majera Szowszowicza. W najcięższych czasach, jakie przeżyliśmy w getcie, gdy cierpieliśmy z głodu i zimna, miał siłę by pocieszać nas i rozweselać swoimi pieśniami o odwadze i nadziei. Sam tworzył gettowe pieśni i zawsze dokładał starań by być człowiekiem radosnym.

Nasi Ocalali, którzy przeżyli gorzkie lata getta w Jędrzejowie pamiętają zapewne piękne postępowanie felczera, błogosławionej pamięci Lejbla Sobkowskiego, który udzielał pomocy medycznej całkowicie za darmo, jak również pomagał każdemu materialnie daleko ponad swoje siły i możliwości.

Z wielkim szacunkiem przywołane powinny zostać uczynki naszego drogiego rabina Jechiela Jeszajahu Wajnberga, niech B-g pomści jego krew, w dniu wysiedlenia żydowskich męczenników, 17 września 1942 roku.

Dumny, z podniesioną głową, reb [Wajnberg], niech pamięć sprawiedliwych będzie błogosławiona, maszerował na stację kolejową (...) mocno przyciskając do serca zwój Tory.

Bandyci z gestapo bili go niemiłosiernie zmuszając go by rzucił Torę, a maszerujących Żydów - by po niej deptali.

Nawet nasi przeklęci wrogowie - jędrzejowscy Polacy - pamiętają do dziś tę okrutną scenę.

        
Dwoje małych dzieci, bliźniaków, z matką, synową błogosławionej pamięci rzeźnika Szlamy Wilczkowskiego zostały zastrzelone przed wysiedleniem w obecności matki przez szefa żandarmerii den Blika   Małe żydowskie dziecko z jędrzejowskiego getta, bose i licho ubrane, „bawi się” głodne na „Piaskach”, rok 1942. Na zdjęciu - córka Izraela Gurtmana - Lusia, niech B-g pomści jej krew, która znalazła śmierć w komorze gazowej Treblinki

Dreszcz przeszywał każdego, kto widział szefa niemieckiej żandarmerii w Jędrzejowie, von den Blike [?], który wyrwał z ramion matki dwójkę małych wnuków rzeźnika Szlamy Wilczkowskiego i zastrzelił je w pobliżu jego domu. 

Powinny też zostać przypomniane bohaterskie czyny Josefa syna rabbiego Zusmana Kaufmana i Dawida syna rabbiego Elimelecha Apelsztejna, niech B-g pomści jego krew, którzy pojawili się w Jędrzejowie w 1943 roku, po ostatnim wysiedleniu. Ukrywali się wśród ruin nie chcąc wpaść w łapy morderców, którzy »pokonali« ich jednak ostatecznie, zabijając ich na ulicy.

Dawid Epelsztejn
niech B-g pomści jego krew
Matka

W jednej z wsi w okolicy Pińczowa zatrzymała się grupa żydowskich partyzantów, a wśród nich dwóch jędrzejowskich Żydów - Kalman Potaszyński i Josef Borkowski, niech B-g pomści ich krew. Pod koniec 1943 dowiedziało się o tym gestapo i podjęło próbę aresztowania ich. [Żydzi] stawili bohaterski opór z bronią w ręku. Nazistowscy mordercy znaleźli na to »radę« podpalając dom. Żydowscy bohaterowie zginęli w płomieniach razem z chłopską rodziną, która udzieliła im schronienia.

Latem 1944 roku w lasach wokół Jędrzejowa zginęli jędrzejowscy partyzanci: Szmuel Zajnwel Wilczkowski, Jakow Obarzanek i i jego bratanek Szlama Obarzanek, niech B-g pomści ich krew. Ci trzej bohaterscy bojownicy wielokrotnie ryzykowali życiem pomagając Żydom w potrzebie i chroniąc ich przed niebezpieczeństwem.

Na koniec chcę także przypomnieć bohaterstwo moich przyjaciół w niedoli i cierpieniu w strasznych czasach naszego wspólnego życia w jędrzejowskich lasach. Dwóch braci Goldman, Herszel Londner, Dawid Besendorf, Stobiecki i jeszcze jeden z rodziny Londner, będący także krewnym Stobieckich, jak również moich dwóch braci Dawid i Izrael Fejgenbojm, który rzucił się na niemieckiego policjanta raniąc go nożem, płacąc jednakowoż za to własnym młodym życiem.

Niech imiona naszych męczenników nigdy nie zostaną przez nas zapomniane!

(...)

Nie każdą historię pamiętam ale oblicze mojego miasta Jędrzejowa pamiętam dobrze i z szacunkiem wspominam tych, których niestety już nie ma. Z gorącą miłością zwracam się do moich drogich braci i sióstr, do Ocalałych z naszego miasta Jędrzejowa!”



Lejbusz Edelist / Toronto

Co się stało z naszymi braćmi podczas drugiej wojny światowej

Kiedy poproszono mnie o spisanie moich wspomnień o Jędrzejowie, okazało się to trudnym zadaniem. Od 1928 roku mieszkam w Kanadzie. Pamiętam, że urodziłem się w Jędrzejowie, tam mieszkali moi drodzy rodzice - mój ojciec, błogosławionej pamięci Jekl Edelist i moja mama Chana Fejga. Moja rodzina była, dzięki Bogu, liczna [w oryginale: kenejna hore czyli  „bez złego oka” - słowa wypowiadane by ustrzec się uroku. Za: https://delet.jhi.pl/pl/psj?articleId=17776]. Dom był pełen dzieci - moich braci i sióstr. Większość z nich została wymordowana przez Hitlera, niech jego imię będzie wymazane.

Pamiętam dwie rzeczy z mojego dzieciństwa.

Po pierwsze, mój tata błogosławionej pamięci  chciał abym został rabinem, ale nigdy do tego nie doszło. Owszem, uczyłem się w jesziwie. Moim nauczycielem był Josele z Chełma, zięć Jechiela Szejnfelda z Kielc i wnuk Judla Kaminera z Podzamcza, rabinów z Góry Kalwarii, a mówiąc wprost - mój teść.

Reb Josele z Chełma był ważną postacią podczas Strasznych Dni [w judaizmie dziesięć dni nowego roku - od święta Rosz Ha-szana do Jom Kipur - przyp. MM] na dworze dynastii Ger [jedna ze słynnych chasydzkich dynastii wywodząca się z Góry Kalwarii - Ger w języku jidysz - przyp. MM ]. Jego niguny śpiewane są do dziś w sztiblach Ger na całym świecie.

Druga rzecz, którą pamiętam (mówi się, że pamiętamy tylko głupstwa) to to, co wyrabialiśmy będąc uczniami bet-hamidraszu. To były naprawdę straszne głupstwa, których żałuję do dzisiaj - i być może żałują ich razem ze mną wszyscy, którzy brali w nich udział?

W miesiącu tamuz [dziesiąty miesiąc kalendarza żydowskiego - czerwiec-lipiec w kalendarzu gregoriańskim - przyp. MM], w pierwszą jorcajt [rocznicę śmierci - przyp. MM] Benjamina Zewa Hercla błogosławionej pamięci [Teodor Herzl, ideologiczny twórca Państwa Izrael. Chodzi więc o rok 1905 - Herzl zmarł 3 czerwca 1904 r.], jędrzejowscy syjoniści chcieli urządzić ceremonię w bet-hamidraszu. Syjonizm był wtedy trefny [w znaczeniu: zakazany - przyp. MM] wśród ludzi religijnych. Dlatego wszyscy uczniowie bet-hamidraszu zaczęli modlić się na głos aby zagłuszyć głos chazana, który odmawiał słowa upamiętnienia. I udało im się! 

Myślę, że Księga Pamięci służy właśnie przywoływaniu takich kuriozów [jak opisane powyżej]. Chodzi o to by opowiedzieć naszym dzieciom, a potem ich dzieciom, co mogło się wydarzyć w miasteczku ich przodków.

A teraz kilka zdań o tym jak zareagowaliśmy na wielkie nieszczęście, które spotkało polskich Żydów i naszych jędrzejowskich męczenników. Dowiedziawszy się, że żyje jeszcze niewielka liczba jędrzejowskich Żydów, którzy znajdują się w Niemczech, szybko zorganizowaliśmy Jędrzejowskie Towarzystwo Pomocowe i choć było nas niewielu - mój brat Chaim, Abram Pleszowski, jego siostra Bajla, Rubinsztajn, Gołda Zernicka i ja - pracując ponad siły wysłaliśmy do Niemiec tyle paczek z żywnością ile tylko mogliśmy. Nawiązaliśmy również kontakt z ludźmi z Jędrzejowa w Nowym Jorku, którzy wydelegowali do nas przyjaciół - Mosze Chencińskiego i Berla Mordkowicza. Wspólnie opracowaliśmy plan akcji pomocowych dla naszych jędrzejowskich współziomków i robiliśmy wszystko, aby  mogli jak najszybciej opuścić te przeklęte Niemcy i znaleźć schronienie w Izraelu lub w innym kraju, w którym Żydzi mogą być wolni.

Z radością i zadowoleniem przyjęliśmy decyzję o wydaniu Księgi Pamięci poświęconej naszej zniszczonej żydowskiej społeczności, naszym męczennikom. Postanowiliśmy pomóc w urzeczywistnieniu tak ważnej inicjatywy. Szczególne podziękowania należą się jędrzejowskiemu ziomkostwu z Nowego Jorku za zorganizowanie tej świętej pracy również w Kanadzie.

Każdy z nas, pochodzący z Jędrzejowa, z podziwem brał do ręki Księgę Pamięci i błogosławił tych, którzy wystawili naszemu miastu ten historyczny pomnik. 

 



Eliezer Rubinsztajn / Tel Awiw

Żydowscy rzemieślnicy i działacze

Pierwszymi wykwalifikowanymi rzemieślnikami byli w Jędrzejowie: mój dziadek reb Leml [Ezriel?] Rubinsztajn, mój wuj reb Chaim [dopisane ręcznie - przyp. MM] Mendel Rubinsztajn oraz mój ojciec reb Mendel Rubinsztajn, który osiedlił się w Jędrzejowie po roku 1912.

Nasze miasteczko było zwykle gniazdem dzikiego antysemityzmu, szerzonego głównie przez księdza Marchewkę [hebr. galekh (גלח) - pejoratywne określenie księdza katolickiego przyp. MM]  - przywódcę seminarium duchownego przy jędrzejowskim klasztorze.

Również przeor klasztoru był aktywny przeciwko Żydom i agitował za bojkotem żydowskiego rzemiosła.

Ale przyszły czasy, gdy ci sami antysemiccy księża znaleźli się w potrzebie i konieczna im była pomoc mego dziadka, ojca i wuja, niech spoczywają w pokoju, ponieważ żaden chrześcijański rzemieślnik nie był w stanie wykonać niezbędnych prac... Nie mając wyboru, pobożni księża zmuszeni byli, biedactwa, oddać „świętą” pracę „przeklętym żydom” w długich kapotach, których twarze zdobiły długie brody...

Pobożni Polacy płakali rzewnymi łzami widząc jak trzech ubranych w kapoty Żydów przychodzi dzień w dzień do ich świętego klasztoru… Z czasem liczba żydowskich rzemieślników  w Jędrzejowie wzrosła. W końcu postanowili oni założyć Stowarzyszenie Rzemieślników Żydowskich.

Założycielami stowarzyszenia byli: Leml Rubinsztajn, Chaim Mendel Rubinsztajn, Mendel Rubinsztajn, Alter Jechiel Topiol, Abram Toporski, Izrael Waler, Majer Zalcberg, Lejbl Sobkowski, Szmul Sakowski, Dawid Chenciński, Josef Śledzik, Mosze Norik, Lejbke Złotnik, Jeszajahu Fajgenblat, Szlama Feldman, Jakow Gliksman, Fiszel Zylberszac i Lejbusz Lederman. Większość z nich odeszła już z tego świata.

Zarząd stowarzyszenia bardzo wspomagał zubożałych rzemieślników, wspierał edukację i wychowanie dzieci, by ulżyć rzemieślnikom w pracy, (...) a przede wszystkim - umożliwić im pożyczki na konstruktywne cele, dostępne na dogodnych warunkach.

W roku 1919 stowarzyszenie rzemieślników nawiązało kontakt z centralą amerykańskiego Jointu w Warszawie i otrzymało od niej produkty żywnościowe dla ubogich rzemieślników i ich rodzin. W ramach stowarzyszenia powstał specjalny komitet, który prowadził akcje pomocowe oraz zakładał stołówki dla dzieci w wieku szkolnym.

W skład komitetu wchodzili: Zysze Szwarcbard, Mendel Rubinsztajn, Alter Jechiel Topiol, Henich Isakow [Ajsakow], Jakow Herszkowicz, Abram Toporski, Mosze Nurik, Izrael Waler, Szmul Sakowski, Josef Śledzik i Lejbl Sobkowski.

   
 Eliezer Rubinsztajn i Josef Śledzik, w towarzystwie jędrzejowskiej
rodziny rzemieślniczej, niosą sztandar do synagogi
 Eliezer Rubinsztajn i Natan Toporski jako młodzi chłopcy

Powstał także komitet kobiecy, w którym zasiadały: Racl Rubinsztajn, Ruchla Goldman i Chana Sobkowski.

W roku 1929 stowarzyszenie podjęło decyzję o stworzeniu własnego sztandaru, który miał symbolizować wszystkie działania stowarzyszenia na rzecz rzemiosła. Powołana została komisja do spraw proporca, składająca się z dziesięciu towarzyszy oraz autora niniejszych słów, która wspólnie z towarzyszem Natanem Toporskim podjęła się zadania stworzenia sztandaru. Przygotowania trwały prawie cały rok. Ale warto było. Sztandar był piękny i estetyczny. Jego prezentacja przekształciła się w wielkie święto dla żydowskich rodzin z Jędrzejowa.

Na środku rynku ustawiliśmy drewnianą trybunę długą na piętnaście metrów i szeroką na dziesięć. Sztandar rozłożyliśmy na wielkim stole, na którym leżał także pozłacany młotek oraz srebrne ćwieki.

Poza rzemieślnikami do uczestnictwa w naszym wielkim święcie zaproszonych zostało także stu prominentnych mieszkańców miasta.

Chazan [kantor] wraz z chórem przygotował stosowne modlitwy, po których znamienitych gości zapraszano, zwracając się do nich po nazwisku, by każdy z nich przybił do drzewca sztandaru srebrny ćwiek. Każdy z gości wznosił toast. Orkiestra grała wesołe marsze, a kantor wraz z chórem zaśpiewali Pieśń Syjonu i Jerozolimy [שירי ציון וירושלים].

Po zakończeniu uroczystej ceremonii autor niniejszego tekstu miał zaszczyt wnieść sztandar do bejs-hamedreszu w otoczeniu przyjaciół: Natana Toporskiego, Juwala Wolfowicza, Abrama Toporskiego, Józefa Śledzika, Fiszla Zylberszaca i Natana Goldberga. W bejs-hamedreszu kantor [hot gemacht] „El mole rachamim” dla dusz przyjaciół, którzy nie dożyli tej wielkiej radości [od słów „El mole rachamim“ (Boże pełen miłosierdzia) zaczyna się żydowska pieśń za umarłych - przyp. MM].

Z synagogi goście i przyjaciele stowarzyszenia rzemieślników przeszli do jego siedziby, gdzie stoły były już zastawione. Radosne świętowanie trwało aż do wschodu słońca. Obchody zakończyło odśpiewanie hymnu narodowego - Hatikwy.

Niestety sztandar nie przetrwał - został spalony wraz z tymi, których był symbolem… Nie ma sztandaru i nie ma Żydów w naszym niegdyś drogim mieście Jędrzejowie.



Izrael Dudkiewicz* / Norwegia

Jędrzejów z dawnych lat. Z moich wspomnień.

Powiatowe miasto Jędrzejów leży przy głównej drodze łączącej Kielce i Kraków. Liczyło [kiedyś] około 14 tysięcy dusz, z czego 4000 Żydów.

Jędrzejów był żydowskim miasteczkiem jak wiele innych w Polsce. Zarazem był Jędrzejów w pewnej mierze unikalny i specyficzny - zawsze wybiegające naprzód, a często będące nawet jednym z pierwszych miast rozwijających się w danej dziedzinie. Już przed pierwszą wojną wojną światową była w Jędrzejowie młodzież, która wyrwała się z bejtmidraszu i dokładała starań by zdobyć wykształcenie.

Ci młodzi ludzie byli też pierwszymi, którzy zorganizowali w naszym mieście harcerstwo trumpeldorowskie [Żydowski Związek Skautowy im. kpt. Josefa Trumpeldora, w skrócie Betar - skrajnie prawicowa, syjonistyczna organizacja młodzieżowa - przyp. MM]. Swoje idee natychmiast wcielali w życie.

Krótko po pierwszej wojnie światowej, gdy granice nowopowstałego państwa nie ustabilizowały się jeszcze, jędrzejowska młodzież z Haszomer [hebr. Strażnik - żydowska organizacja skautowa] spakowała trochę bielizny i ubrań i udała się z plecakami do Ziemi Izraela, nie mając zezwolenia na wjazd ani nawet polskich paszportów. Wyruszyli w długą drogę - ich podróż trwała aż 13 miesięcy! Ale dotarli do celu! Nie ciągnęło ich do Ameryki i jej „złotych gór” ale do gorących piasków Wyżyny Judzkiej i bagien Galilei!

Ich zdecydowany i energiczny krok miał ogromny wpływ na młode pokolenie, które patrzyło na naszych pierwszych chaluców [hebr. pionier, osadnik - przyp. MM] jak na legendarnych bohaterów.

Ta pierwsza grupa składała się z przyjaciół: Jakowa Kenemana błogosławionej pamięci, Szmula i Hilela Dudkiewiczów błogosławionej pamięci, Cwi Horowicza, Abrama Tenebauma, braci Okowita, Awigdora Belfra, M. Solowicza, Mosze Dudkiewicza błogosławionej pamięci i wielu innych.

Betar w Jędrzejowie - rok 1928

Grupa członków partii rewizjonistycznej [Organizacja Syjonistów-Rewizjonisów - przyp. MM]
w Jędrzejowie - przed drugą wojną światową

Po ich emigracji powiększyły się zastępy szomrów [członków Haszomer - przyp. MM]. Marzeniem każdego żydowskiego dziecka było zapisać się do Haszomer. I tak też przyszła kolej na mnie i przyjaciół w moim wieku.

Należeliśmy do najmłodszej grupy. Naszym rosz kwuca był Icze Rubinski [rosz kwuca - hebr. kierownik; kwuca - grupa, odpowiednik zastępu. Żydowskie organizacje młodzieżowe, podobnie jak polskie, miały swoje nazewnictwo w odniesieniu do kolejnych grup wiekowych oraz osób nimi kierujących - przyp. MM]. Nie wiedzieliśmy wówczas, że toczy się ideologiczna walka wewnątrz Haszomer, która doprowadziła w końcu do rozłamu w ruchu szomrowskim. W jego wyniku powstały dwa ruchy młodzieżowe: Ha-Szomer ha-Cair [hebr. Młody Strażnik - lewicowa syjonistyczna organizacja młodzieżowa - przyp. MM] oraz Ha-Szachar [hebr. Świt - przyp. MM]. Kiedy nasz kierownik wstąpił do Ha-Szachar, my zrobiliśmy to samo.

Organizacja rozpoczęła bardzo intensywną pracę. Jedną z sił napędowych Ha-Szachar był bardzo utalentowany i energiczny Jakow Berger błogosławionej pamięci, jak również jego przyjaciele: Icchak Abramowicz i Moszele Rozen, W krótkim czasie stworzyli oni prężny młodzieżowy ruch.

Tak było do roku 1926, kiedy to Jakow Berger, a wraz z nim jeszcze kilkoro przyjaciół, wyemigrowali do Ziemi Izraela. Zostaliśmy bez przewodnika jak owce bez pasterza. Przyczyniło się to do osłabienia Ha-Szachar i niemal całkowitej jego likwidacji.

W roku 1928 dawna najmłodsza grupa Ha-Szachar zorganizowała się ponownie jako młodzieżówka organizacji syjonistycznej. Kierowali nią towarzysze: Abram Rajzman, Mosze Prajs i Izrael Dudkiewicz.

Prowadziliśmy aktywną działalność syjonistyczną - co tydzień-dwa organizowaliśmy spotkania, poznawaliśmy historię Żydów i ruchu syjonistycznego. Założyliśmy także sekcję piłkarską i rowerową.

Nasza grupa składała się z towarzyszy i towarzyszek:

Mosze Rajzman, Jakow Topiol, Zacharie Brajtbort, Awigdor Wdowiński, Chancie Wygnański, Zośka Horowicz, Etka Bresler, Pola Zajączkowski, Izrael Mauer, Cwi Glat i inni, których niestety nie pamiętam.

Ruch syjonistyczny, a w szczególności partia Mizrachi, wyróżniał się wśród społeczności żydowskiej miasta. Zajmował również ważne miejsce w centralnych organach partii w Warszawie, które nadały nam przydomek „biało-niebieski Jędrzejów” [od barw ruchu syjonistycznego - przyp. MM]. Z dumą możemy przyznać, że nasze miasto całkowicie na to miano zasłużyło.

Jędrzejów był jednym z kilku miast w Polsce, w których organizacje syjonistyczne mogły sobie pozwolić na wybudowanie własnych, pięknych siedzib. Koncentrowała się tam aktywność syjonistyczna, jak również działalność narodowych funduszy - Żydowskiego Funduszu Narodowego Keren Kajemet Le-Israel [centralny fundusz ruchu syjonistycznego - zebrane środki przeznaczano m.in. na wykup ziemi w Palestynie - przyp. MM] i Keren Hajesod [hebr. Fundusz Podwalin - centralna instytucja finansująca działalność Agencji Żydowskiej dla Palestyny. Zajmowała się m.in. finansowaniem imigracji żydowskiej do Palestyny - przyp. MM], jak również istniała tam biblioteka.

Na czele organizacji syjonistycznej stali: zdolny działacz reb Alter Jechiel Topiol błogosławionej pamięci, (...) Mordechaj Śledzik, Chaim Bresler błogosławionej pamięci, Pinchas Szternfeld błogosławionej pamięci, ‎Mosze Fisz błogosławionej pamięci, dr Polak błogosławionej pamięci i jeszcze inni działacze, nazwisk których niestety nie pamiętam.

Jędrzejowską ludność żydowską o nastawieniu narodowym (...) reprezentowali: reb Icchak Ickowicz błogosławionej pamięci, przewodniczący partii Mizrachi, członek dozoru bożniczego oraz rady miejskiej, a także różnych instytucji społecznych (po wojnie wyjechał do Izraela i tam zmarł); wszechstronny działacz społeczny reb Szlama Dudkiewicz błogosławionej pamięci, jeden z przywódców Mizrachi, członek dozoru i rady miejskiej, reprezentujący swoją partię w licznych instytucjach społecznych; reb Chaim Bresler błogosławionej pamięci - członek dozoru i rady miejskiej, jeden z liderów organizacji syjonistycznej; reb Mosze Wargoń błogosławionej pamięci - członek rady miejskiej i ważnych instytucji społecznych; reb Ezriel Ingber błogosławionej pamięci, wiodący członek Mizrachi, dozoru bożniczego i reprezentant swojej partii w rozmaitych instytucjach społecznych (zmarł w Izraelu); reb Baruch Zonszejn błogosławionej pamięci, przywódca Ceirej Mizrachi [młodzieżowa organizacja syjonistyczna związana z syjonistyczną partią religijną Mizrachi - przyp. MM], przedstawiciel Keren Kajemet Le-Israel i ich reprezentant w instytucjach miejskich i społecznych (zmarł w Izraelu).

W roku 1929, po wielkiej rzezi przeprowadzonej przez Arabów przede wszystkim na terenach Starego Jiszuwu [termin odnosi się do wszystkich Żydów zamieszkałych w Palestynie przed aliją roku 1882 rozpoczętą przez ruch syjonistyczny. Stary Jiszuw obejmował m.in. Jerozolimę, Safed, Tyberiadę, Hebron - przyp. MM], jędrzejowska młodzież zwróciła się w stronę rewizjonizmu uważając, że tylko poprzez zdecydowaną walkę przeciwko władzom mandatu brytyjskiego [Brytyjski Mandat Palestyny - przyp. MM] oraz aktywny opór przeciw arabskim mordercom będziemy w stanie doprowadzić do urzeczywistnienia Deklaracji Balfoura [deklaracja brytyjskiego rządu z 1917 r. okazująca pragnienie odtworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, co było odpowiedzią na oczekiwania i starania ruchu syjonistycznego - przyp. MM] i stworzenia narodowego domu dla narodu żydowskiego w Ziemi Izraela.

Nasza młodzież, która grupowała się dotąd wokół Organizacji Ogólnych Syjonistów, przeszła do rewizjonistów [Organizacja Syjonistów-Rewizjonistów w Polsce - założony przez Włodzimierza (Zeewa) Żabotyńskiego prawicowy odłam ruchu syjonistycznego - przyp. MM]. Koordynator partii oddelegował do nas sekretarza generalnego, doktora Abrama Lipmana, który zreferował cele ruchu rewizjonistycznego, a także założył u nas gniazdo [nazwa podstawowej komórki organizacji młodzieżowej - przyp. MM] Betaru, a także gałąź Związku Syjonistów-Rewizjonistów.

W skład pierwszej komendy weszli: Izrael Dudkiewicz (komendant gniazda), Mosze Prajs (zastępca komendanta), Mosze Wdowiński (sekretarz) oraz Wolf Rozenholc (skarbnik).

Zabraliśmy się do pracy z największym entuzjazmem i osiągnęliśmy wielki wpływ na jędrzejowską młodzież ze wszystkich środowisk. Do tego stopnia, że na pierwszym zjeździe Betaru w Warszawie w roku 1930, nasze gniazdo reprezentowało 20 towarzyszy i towarzyszek.

Udało nam się przyciągnąć do naszego ruchu prominentnego działacza społecznego i kulturalnego Mosze Zylbersztajna, niech Bóg pomści jego krew, który przejął kierownictwo jędrzejowskiej partii rewizjonistycznej i znacznie rozszerzył jej działalność. Mosze Zylbersztajn błogosławionej pamięci prowadził kursy hebrajskiego, które były niezwykle popularne.

W każdy piątek wieczorem wygłaszał referaty na rozmaite aktualne tematy syjonistyczne i społeczne. Na jego wykłady zwykli przychodzić ludzie ze wszystkich grup społecznych, nie tylko rewizjoniści. Zylbersztajn organizował też punkty hachszary [hebr. przygotowanie - program przygotowujący młodych Żydów do zasiedlania Palestyny, życia w kibucach poprzez zdobywania umiejętności zawodowych w takich dziedzinach jak np. rolnictwo, ogrodnictwo. Realizowany przez różne organizacje syjonistyczne - przyp. MM]. Niestety nie udało nam się wysłać naszych towarzyszy do Ziemi Izraela legalną drogą (z certyfikatami) [certyfikaty zezwalające na osiedlenie się wydawały brytyjskie władze Mandatu Palestyny - przyp. MM], zmuszeni byliśmy zatem korzystać z emigracji B [Alija Bet - nielegalna emigracja Żydów do Palestyny w czasach drugiej wojny światowej oraz w ostatnich latach istnienia Brytyjskiego Mandatu Palestyny - przyp. MM], którą organizowała partia rewizjonistyczna.

W tamtym gorzkim czasie, gdy antagonizmy wewnątrzpartyjne doprowadziły w wielu miastach Polski wręcz do rozlewu krwi, my w naszym Jędrzejowie uniknęliśmy tego ponieważ na czele wszystkich ugrupowań syjonistycznych stali ludzie dojrzali do swych obowiązków, umiejący unikać nieuzasadnionej nienawiści.

Należy zauważyć, że na czele ruchu chalucowego stali wówczas: znany działacz Izrael Gurtman, Manie i Aharon Horowicz i inni, których nazwisk niestety już nie pamiętam.

W ostatnich latach przed wybuchem drugiej wojny światowej ruch rewizjonistyczny osiągnął swój nawiększy rozkwit. Zorganizowano wtedy: grupę studencką Masada, do której należeli uczniowie gimnazjum i innych szkół; Związek Rezerwistów [Brit he-Chajal - ruch zrzeszający weteranów Wojska Polskiego i Legionów, mający na celu organizowanie szkoleń wojskowych dla przyszłych żołnierzy armii żydowskiej; część ruchu syjonistycznego - przyp. MM], na którego czele stał dr Julian Szaferman, dr Perlman i dwóch innych towarzyszy. Powstał także Brit Jeszurun [założona w 1933 roku organizacja Żydów ortodoksyjnych, działająca w ramach Unii Syjonistów Rewizjonistów - przyp. MM] pod kierownictwem Izraela Henocha.

W ramach Betaru działało także kółko dramatyczne, które wystawiło w ciągu roku rozmaite sztuki teatralne i zdobyło sympatię całej żydowskiej społeczności.

Członkami koła dramatycznego byli nie tylko towarzysze partyjni, ale również zwykli miłośnicy żydowskiego teatru jak na przykład bracia Tajchner, Jakow Wajcman, Jakow Gebrowicz. Spośród towarzyszy Betaru wyróżniali się: Zośka Horowicz-Prajs, Chancia Wygnański, Abram i Mosze Rajzman, M. Apelsztajn, Szejndla Rozenblum, Obarzanek i Mosze Lederman.

Od czasu do czasu odwiedzaliśmy gniazda Betaru w sąsiednich miasteczkach - Wodzisławiu, Sędziszowie i Chęcinach i ich również zapraszaliśmy do nas. Szczególnie częste kontakty utrzymywaliśmy z gniazdem wodzisławskim, którego członkowie prawie zawsze byli obecni na naszych referatach i przedstawieniach teatralnych. Na czele wodzisławskiego gniazda stał oddany towarzysz Tuwje Zeligfeld.

Spośród przywódców partii rewizjonistycznej Jędrzejów odwiedzili: dr Dawid Wdowiński [lekarz neurolog i psychiatra, według niektórych źródeł współzałożyciel i przewodniczący Żydowskiego Związku Wojskowego, uczestnik i jeden z faktycznych przywódców powstania w getcie warszawskim - przyp. MM], Cwi Banfeld, dr Abram Lipman, Josef Klarman i towarzysz Bernsztajn.

Duże grupy naszych towarzyszy jeździły do Kielc za każdym razem, gdy nasz wielki lider Zeew Żabotyński [przywódca ruchu syjonistycznego, dziennikarz i pisarz, założyciel Legionu Żydowskiego walczącego w czasie I wojny światowej - przyp. MM] błogosławionej pamięci wygłaszał tam referat.

Jędrzejowski Betar był życiodajnym źródłem wszystkich okolicznych gniazd, które zostały przez nas zorganizowane.

W roku 1930 odbyła się w Kielcach wielka regionalna konferencja syjonistyczna z udziałem przywódcy polskiego żydostwa, posła na Sejm Icchaka Grinbojma [Izaak Grünbaum - działacz syjonistyczny w II Rzeczypospolitej,  poseł na Sejm RP, jeden z sygnatariuszy deklaracji niepodległości Izraela - przyp. MM], redaktora Hajntu [Hajnt - hebr. Dzisiaj - jedna z najbardziej poczytnych gazet żydowskich w II RP, de facto organ prasowy syjonizmu - przyp. MM] Abrama Goldberga błogosławionej pamięci i sekretarz komitetu generalnego organizacji syjonistycznej dr Ester Mangel błogosławionej pamięci. Wzięliśmy w niej udział ale już jako rewizjoniści. Zorganizowaliśmy tam opozycję, na której czele stali Josef Klarman z Sosnowca oraz aktywny towarzysz Majerfeld z Końskich. Delegatami z Jędrzejowa byli: Mosze Prajs błogosławionej pamięci i, mówiąc o żyjących, Izrael Dudkiewicz.

W roku 1934 zwróciliśmy się do specjalnego polskiego resortu zajmującego się szkoleniem wojskowym (P.W.) [Przysposobienie Wojskowe - młodzieżowa organizacja wojskowa w latach 1927-39, której celem było przygotowanie młodzieży do służby wojskowej - przyp. MM] przy starostwie w Jędrzejowie o wydanie nam zgody na odbycie szkolenia wojskowego z bronią. Odmówiono nam jej pod pretekstem, że taka „jednostka” może zostać zalegalizowana tylko pod warunkiem przyjęcia nazwy „Legion imienia Berka Joselewicza”.

Zrezygnowaliśmy zważywszy na to, że legion ten znajdował się pod wpływem asymilacjonistów [asymilacja – ruch społeczny i prąd kulturowy, który postulował emancypację Żydów, otwarcie kultury żydowskiej na wpływy zewnętrzne, uczestnictwo w życiu społecznym i kulturze europejskiej oraz reformę judaizmu - przyp. MM]. W niedługim czasie udało nam się jednak zalegalizować „jednostkę wojskową” imienia [naszego] przywódcy, Włodzimierza [Zeewa] Żabotyńskiego. Dr Julian Szaferman, polski oficer rezerwy, stanął na czele tej organizacji. Żydowscy podoficerowie Wojska Polskiego przeprowadzili z nami ćwiczenia wojskowe. Zaproszono nas nawet oficjalnie do wzięcia udziału w uroczystościach polskiego święta narodowego 3 Maja.

Radością napawał widok naszych żydowskich chłopców maszerujących dumnie wraz z polskimi żołnierzami. Polacy, rozumie się samo przez się, patrzyli z góry z wielkim rozdrażnieniem, ale żydowscy ojcowie i matki czerpali radość z widoku swoich maszerujących dzieci. Podobnie cała żydowska społeczność była bardzo zadowolona. Spośród tych, którzy oddani byli myśli syjonistycznej, przypomnieć należy towarzyszy:

Mosze Zylbersztajna, Abrama i Mosze Rajzmanów, Mosze Wdowińskiego, Mosze Prajsa, Majera Finkelsztajna, Lejba Waksbojma, Izraela Henocha, Chaima Dykiermana, Altera Ingbera, Jehudę Breslera, Jechiela Mejersona, Wolfa Wygnańskiego, Motla Solowicza, Lejbusza Pleszowskiego, Cwi Machtyngiera, Lejbusza Lipmanowicza, Mosze Ledermana, Tuwje Apelsztajna, Menasze i Izraela Mauerów, Altera Pleszowskiego, Jechiela Zakhejma i Izraela Dudkiewicza.

Na koniec chcę poświęcić kilka zdań mojemu towarzyszowi i przyjacielowi Mosze Prajsowi błogosławionej pamięci. Ze swej natury był bardzo delikatnym młodym człowiekiem, niezdolnym do czynienia zła. Był bardzo lubiany wśród swych towarzyszy, a jednocześnie szanowany nawet przez swoich politycznych przeciwników. Mosze Prajs błogosławionej pamięci wiódł przykładne życie rodzinne i cieszył się estymą wśród całej żydowskiej społeczności. Zapisał się jako człowiek inteligentny i dobrze wychowany.

Przeżył pierwszą akcję likwidacyjną żydowskiego getta w Jędrzejowie i znalazł się w małym getcie. Jego żonę Zośkę oraz ich 4-letnią córeczkę Minele wysłano do Treblinki. Mosze Prajs znalazł się w małym getcie samotny i zgorzkniały. Jego tęsknota za żoną i dzieckiem była nie do opisania.

Po likwidacji małego getta wysłano go, razem z pozostałym jędrzejowskimi Żydami, do obozu pracy w Skarżysku. Wraz z dwoma towarzyszami udało mu się uciec i powrócić do Jędrzejowa. Wszyscy trzej zostali tam jednakże zabici przez polskich morderców.

Niech tych kilka strof o nim będzie kadiszem - nigdy niezmówionym nad nieznanym grobem mojego najlepszego towarzysza i przyjaciela Mosze Prajsa błogosławionej pamięci.

* nazwisko autora pojawia się w tym i innych tekstach wymiennie w dwóch pisowniach: Dutkiewicz i Dudkiewicz. 



Icchak Riterband / Toronto

Wizyta w moim zrujnowanym domu, wrażenia

W ciemną, deszczową noc, jesienią 1945 roku, pociąg przywiózł mnie do Jędrzejowa - miasta, w którym się urodziłem, i do którego serce moje pełne było tęsknoty, marniejąc jak zesłaniec w syberyjskich lasach lub w gorącej Azji.

Zadrżałem usłyszawszy okrzyk konduktora. „Stacja Jędrzejów!” Wysiadłem z pociągu i wszedłem do budynku dworca. Prosto w twarz uderzyła mnie gęsta, dusząca para. Słabo oświetlony dworzec pełen był przemytników i przemytniczek z wielkimi koszami i torbami pełnymi kur, gęsi, masła, sera i jaj. Wszyscy czekali na pociąg do Zagłębia. Zapomniawszy się, zacząłem szukać w tłumie żydowskich pasażerów (…). I niestety nie znalazłem nikogo…

Wyszedłem z budynku dworca i zacząłem się rozglądać za Mosze - woźnicą lub Zusmanem - dorożkarzem, który zwykł każdego dnia wozić Żydów na pociąg lub z powrotem. Niestety, żadnego z nich nie było.
Ruszyłem do miasta piechotą, prosto do hotelu, w którym mieszkał mój krewny, Benjamin Gutman.

Długo pukałem do drzwi jego pokoju ale nikt nie otwierał. Dopiero gdy zawołałem go po imieniu i powiedziałem kto puka, otworzył mi drzwi. Przywitaliśmy się wylewnie, po czym [Benjamin] wyjaśnił mi, że bał się otwierać bo bandy polskich morderców szukają Żydów w hotelach aby ich obrabować i zamordować… Pokazał mi też naładowany rewolwer, który zawsze trzyma pod poduszką…

Byłem śmiertelnie zmęczony i bardzo chciało mi się spać, lecz mimo to siedzieliśmy razem do rana opowiadając sobie nawzajem o swoich przeżyciach z ciemnych lat wojny…

Dzięki Bogu nadchodzi wreszcie ranek - pędzę do domu mojego ojca. Jak gnany burzą biegnę ulicą Klasztorną aż do Pińczowskiej, do domu, w którym urodziłem się i wychowałem. Wszędzie zamknięte. Wszyscy jeszcze śpią. Wchodzę na podwórko. Łzy ciekną mi po szyi. Przypominam sobie, że w 1939 roku, gdy opuszczałem mój dom, mieszkali w nim wyłącznie Żydzi. Wszyscy sąsiedzi byli sobie tak bliscy, tak serdeczni; jakaż obcość i chłód bije teraz z każdego kąta.

Nagle otwiera się okiennica. Pokazuje się stara gojka i obserwuje mnie z każdej strony, po czym mówi: „Żydku, chodź do środka! Rozumiem” - mówi - „że kiedyś tutaj mieszkałeś, ale my nie jesteśmy winni. Wszystko zrobili Niemcy…”

Chciała mnie poczęstować szklanką herbaty opowiadając, jak wielką przysługę oddała jędrzejowskim Żydom. Nie odpowiedziałem ani słowem; podziękowałem tylko i wyszedłem…

Naprzeciwko znajdowało się mieszkanie mojego ojca błogosławionej pamięci. Tutaj straże są już na posterunku. Mieszka tu teraz polski szewc Dudek. Rozpoznał mnie i wykrzyknął: „Oj, ty jeszcze żyjesz!” Widać było, że boi się, że przyszedłem do niego aby odzyskać moją spuściznę!

Rozejrzałem się (…) po pokojach mojego ojca - widziałem dużo mebli z jego mieszkania, szaf i książkowych regałów.

Tutaj też nie powiedziałem ani słowa i szybko wyszedłem przez frontowe drzwi. Naprzeciwko mieszkał Polak Czaper. On też od razu mnie rozpoznał i zaprosił do siebie. Jego żona ugościła mnie szklanką ciepłego mleka; również jej córki zebrały się wokół mnie i zaczęły opowiadać jak prowadzono jędrzejowskich Żydów przez ulicę Skroniowską aż na targowisko, ilu ich było i kogo zastrzelono po drodze. Nie chciałem więcej słuchać - pożegnałem się i wyszedłem…

Pomyślałem, że może nawet było w Jędrzejowie kilku „dobrych” Polaków, którzy nie zamordowali żadnego Żyda, ale majątek żydowski zrabowali cały…

Wyszedłem na ulicę. Był ponury, wilgotny dzień. Drobny deszcz muskał moją twarz. Stałem jak skamieniały na rogu rynku. Otwierają się sklepy. Nie ma już tego, co było kiedyś żydowską własnością. Wszystkim rządzili teraz nowi „kupcy”, którzy zbiegli się z okolicznych wsi…

W oknach zdjęcia i święte obrazy, które wstawiano w czasach nazistowskich rządów aby pokazać, że nie ma tam żadnych Żydów.

Jędrzejów nigdy nie miał tylu knajp co dziś. Wszędzie jest ich pełno. Już o 9 rano przy stołach siedzą mężczyźni i kobiety, przemytnicy i przemytniczki, pijąc i wciskając sobie do ust tłuste kawałki wieprzowiny. Smalec cieknie im z pysków. Święty obraz wiszący pośrodku nie przeszkadza im by używać języka tak wulgarnego, że nawet kozacy czerwieniliby się słysząc go…

Pamiętam, że był tu kiedyś sklep jędrzejowskiego Żyda uczonego w księgach, który zawsze studiował tutaj Gemarę [zbiór komentarzy rabinicznych do Miszny, część Talmudu - przyp. MM] lub zatopiony był w chasydzkich księgach.

Zapuszczam się w uliczki i dochodzę do ulicy Kieleckiej. Przypominają mi się moje młode lata. Tutaj spacerowała nasza młodzież - marzyła, dyskutowała o syjonizmie, nacjonalizmie, komunizmie i innych „-izmach”. Tutaj każdy z nas marzył o nowym świecie idealizmu, prawości i sprawiedliwości. Gdzie oni wszyscy są?

Wracam do miasta. Dochodzę do ulicy Łysakowskiej. Stoję jak wryty… Oto tutaj mieściło się kiedyś stowarzyszenie „Muza”. W tym domu znajdowała się biblioteka im. I. L. Pereca, kółko dramatyczne. Ileż wysiłku zostawił tutaj każdy z nas? Jakaż wielka była nasza radość gdy szybko zgromadziliśmy w bibliotece dwa tysiące książek! Jakąż siłę przyciągania miało to miejsce dla jędrzejowskiej młodzieży z różnych kręgów? Teraz wszystko opustoszało. Ogromna krwawa powódź zmyła wszystko nie zostawiając żadnego śladu. Ból przeszywa serce!

Idę dalej. Dochodzę do ulicy Bóżniczej [jid. Bejs ha-midrasz gas, בית-המדרש-גאַס. Obecnie ulica Daszyńskiego zwana lokalnie Krzywym Kołem - przyp. MM], a później na podwórze wielkiego handlarza stalą, jędrzejowskiego bogacza Dawida Riterbanda błogosławionej pamięci. Widzę jego wnuka, mojego krewnego, który wrócił po Zagładzie aby odzyskać własność swojego dziadka. Ale wszystkie składy, które zawsze wypełnione były po brzegi towarami są dziś puste. Walają się tu stare szmaty i trochę zardzewiałego żelastwa… Nagle w jednym ze składów widzę stos szabasowych świeczników w wielkiej ilości. Gdyby je policzyć, można by zgadnąć ile żydowskich rodzin liczył kiedyś Jędrzejów…

Sprawiało to wrażenie jakby wokół każdego świecznika krążyła święta żydowska dusza, która szuka zemsty za swoje życie, przecięte przed czasem w tak okrutny sposób! Bałem się ruszać świeczniki; wspominałem ile łez wylały żydowskie matki błogosławiąc płomień w wieczór poprzedzający każdy szabat i w przeddzień każdego święta.

Wyszedłem z podwórka na ulicę, pozostając w pobliżu bejt ha-midraszu [budynek synagogi z oddzielnym pomieszczeniem przeznaczonym do studiowania Talmudu przez chłopców i dorosłych mężczyzn. Wśród chasydów używano często nazwy szul - przyp. MM], który był zamknięty na wielki zamek. Wspiąłem się do okna małego bejt ha-midraszu i zajrzałem do środka… Zobaczyłem spustoszoną ruinę bez dachu, po której hula wiatr; wielki piec, przy którym jędrzejowscy Żydzi grzali się w mroźne zimowe dni i noce, był przewrócony…

Polska spółdzielnia zamieniła bejt ha-midrasz w magazyn nafty. Piękne niebo oświetlało wnętrze bejt ha-midraszu….

Opuszczając to miejsce, widzę naprzeciw siebie żydowską twarz - był to jędrzejowski chłopak Fridberg. Jego ojciec handlował węglem. Uradowaliśmy się obaj - dwaj Żydzi w zrujnowanym żydowskim domu. Opowiedział mi o swoim życiu w bunkrze wraz z czterema innymi Żydami. Założyli żydowską gminę, która zajmuje się odszukiwaniem w mieście i okolicach ciał martwych Żydów i grzebaniem ich.
Zapytałem go jak może pozostawać wśród tylu wrogów. Odpowiedział, że wytoczył proces gojowi, który zabrał furmankę ze składu węgla jego ojca. Po zakończeniu procesu wyjedzie.

Naiwny chłopak wygrał proces ale przegrał życie… Fridberg wyratował się od nazistów ale padł ofiarą polskiego sąsiada!… Dowiedziałem się, że na żydowskim cmentarzu ostała się w całości macewa mojego ojca. (…) Poszedłem tam. Cmentarz był zaorany, wszędzie pasły się konie i krowy…

Mój ojciec błogosławionej pamięci miał szczęście umrzeć krótko przed wysiedleniem. Zdążył więc spocząć na cmentarzu, a my mogliśmy wystawić mu solidny betonowy pomnik z jego imieniem oraz inskrypcją z datą jego śmierci.

Stałem jak skamieniały i do zmierzchu wylewałem gorące łzy. Wróciłem do mojego krewnego, który niemal siłą chciał mnie zaciągnąć do kina, gdzie puszczano sowiecki film. Znalazłszy się w sali zupełnie zapomniałem w jakim miejscu świata się znajduję i zacząłem szukać znajomych żydowskich chłopców i dziewcząt, którzy zwykli kiedyś wypełniać tę salę. Nikogo z nich tutaj nie było…

Ajent kina Jankowski rozpoznał mnie i pozdrowił mnie spuszczając wzrok. Patrzyłem na ekran ale niczego nie widziałem. Moje oczy i myśli były w dawnym Jędrzejowie. Widziałem wystawę naszej sekcji dramatycznej i słyszałem głosy rozmaitych prelegentów, którzy zwykli przyjeżdżać do Jędrzejowa aby wygłaszać przemowy na tematy literackie i polityczne.

Włóczyliśmy się później z moim krewnym pozbawionymi Żydów ulicami Jędrzejowa, w pośpiechu żegnając się z nimi, rzucając ostatnie spojrzenie na miasto, w którym się urodziłem. Uciekałem jak od plagi myśląc: „Jędrzejowie, widzę Cię teraz po raz ostatni, moje stopy stawiają ostatnie kroki na twojej ziemi!  Mojego Jędrzejowa już nie ma!…”


* * *



https://zydowskijedrzejow.blogspot.com

tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego