JA  tu  byłem

imgDo Gaju chodziło się na przykład „na kulki”, czyli inaczej „szpice” - wystrzelone z karabinów i zaryte gdzieś w ziemi a było ich tam mnóstwo. Szpice dobrze sprawdzały się jako groty strzał do strzelania z łuku, wykonanego najczęściej z odpowiednio wybranej gałęzi leszczyny. Chodziliśmy też na orzechy laskowe, na grzyby, jeżyny albo po prostu żeby się przejść. Trasy naszych wędrówek były różne, najczęściej skrótem przez teren klasztoru do drogi Wilanowskiej i w lewo a po ok. 700 metrach w prawo ścieżką przez pola, w kierunku Gaju.

To właśnie wtedy po raz pierwszy zauważyłem na murach Klasztornego kościoła  liczne napisy. Być może trudno je dostrzec podczas normalnego „chodzenie do kościoła”, bo wtedy zazwyczaj nie ma okazji na dokładne oglądanie murów z zewnątrz. Co innego, kiedy przyjdzie się tam w czasie, gdy nie ma mszy. Wówczas panuje zupełnie inny nastrój i to miejsce wyraźnie inaczej przemawia do wyobraźni. Przeglądaliśmy te wszystkie gryzmoły z wielką ciekawością,  pracowicie odcyfrowywaliśmy daty, nazwiska, imiona i miejsca, usiłowaliśmy też odgadnąć znaczenie symboli albo skrótów. Aura tajemniczości, jaka towarzyszyła tym odkryciom wyzwalała też czasami przypomnienie zasłyszanych kiedyś historii, na przykład o rozległych lochach pod terenem klasztoru, których korytarze prowadzą wprost do Chęcin czy też o skarbach ukrytych w tej okolicy.

Przyznam, że nigdy wcześniej nie liczyłem samych napisów, wiedziałem tylko że jest ich dużo, może kilkaset i tak myślałem aż do wczoraj, kiedy to postanowiłem je sfotografować i pokazać na stronach Andreovii. Wówczas okazało się, że jest tego nie kilkaset, ale raczej kilka tysięcy a dopiero przyjrzenie się im z bliska pozwala z grubsza ogarnąć ten ogrom znaków ludzkiego działania.

img img  
img

Zewnętrzne płyty i zdobienia klasztoru wykonane są z piaskowca, w którym stosunkowo łatwo wycina się napisy. Mimo wszystko zadziwia ogromna różnorodność formy i treści tej atawistycznej chęci uwiecznienia swojego imienia. 
W pobliżu wejścia do kościoła aktywność „uwieczniania” swojej tu obecności - zapewne ze strachu - ledwie się zarysowuje i pojedyncze inskrypcje (o ile zastosowanie tego określenia nie jest tu nadużyciem) pojawiają się jakby nieśmiało. Jednak im dalej od głównego wejścia, tym działalność „zdobnicza” (albo może raczej niszczycielska) nasila się, aby osiągnąć apogeum w miejscach maksymalnie odsuniętych od wejścia, choć skądinąd bardzo eksponowanych (ściany wschodnia i północna). Pośród technik wykonywania napisów zdecydowanie dominują „rozwiązania siłowe”, a więc ostre narzędzia typu gwóźdź czy scyzoryk, umożliwiające wyrycie znaków w piaskowcu. Ale trzeba przyznać, że metody stosunkowo pasywne jak na przykład ołówek, też się dobrze sprawdzają, co widać na zdjęciu z lewej. 

img
img img
img
img

Wydaje się, że przybysze pozostawiają swoje ślady równie chętnie jak i tubylcy. Nie sprawdzałem tego dokładnie, ale już pobieżne spojrzenie pokazuje, że mury jędrzejowskiego klasztoru są obiektem pożądania dla sporej części Polski i świata :)

O ile jednak to, że inskrypcje pozostawiają krajanie jest w jakimś sensie do przyjęcia, zdumiewają mnie ślady „innowierców”. Być może napisy w cyrylicy wywodzą się jeszcze z czasów rozbiorów, w każdym razie to byłoby jakieś wytłumaczenie. W podobny sposób można byłoby wyjaśnić napis Izrael, który być może umieścił jeden z wielu Żydów żyjących w Jędrzejowie przed II wojną.

img

Przekonałem się, że studiowanie treści napisów umieszczonych na murach jędrzejowskiego Klasztoru może być źródłem niezłej zabawy, aczkolwiek przechodzącej miejscami w tzw. „zagwozdkę”. Już nie mówię o różnorodności określeń będących stricte ksywkami skrobiących klasztorny mur. W wielu wypadkach, zresztą podobnie jak w Internecie, dzieło zdaje się przerastać umiejętności kaligraficzne mistrza. I tak na przykład pana Jarząbka (1882r.) z zapałem skrobiącego napis musiała w pewnej chwili dopaść straszliwa niepewność „jak to się pisze?”, skoro w rezultacie nagryzmolił „J.JARŻĄBEK”. Ale jest również możliwe, że tę kropkę nad literą „Z” wyskrobali mu zawistni koledzy, chcący zdyskredytować jego niewątpliwe osiągnięcia kaligraficzne albo też koleżanka, z zemsty za odrzuconą miłość.

img

Z pewnością istnieje także racjonalne wytłumaczenie pisowni nazwiska RYRZ (choć na logikę powinno być RYŻ). Może po prostu nie chodzi o to najpopularniejsze na świecie zboże, lecz o coś całkiem innego? W Polsce jest zaledwie 5 osób o nazwisku tak się piszącym, wszyscy oni mieszkają w Łodzi,  więc pewnie nawet dałoby się ustalić autora owej inskrypcji :) Z drugiej strony może powinniśmy się czuć zaszczyceni faktem, że aż 1/5 populacji polskich (a może i światowych) Ryrzów uwieczniła się na murach jędrzejowskiego zabytku?img

W ogólnym podziale, pośród drapiących mury Klasztoru, prócz pojedynczych ekscesów mocno znaczą się całe zorganizowane grupy, jak na przykład klasy szkolne albo uczestnicy kursów - niestety  nie wiemy jakich. Może to z wdzięczności za pomyślnie zdane „egazmina” wyżłobili nam te napisy na wieczną pamiątkę?  Nie mam na ten temat wiedzy więc tylko mi się wydaje, że być może kiedyś podobna dewastacja była społecznie (a może i prawnie) dopuszczalna? Bo jakże inaczej wytłumaczyć, ze piszący ujawniali się w sposób umożliwiający ich jednoznaczną identyfikację?


img

imgŻal nad okaleczonym zabytkiem przeplata się z podziwem nad kunsztem kaligrafii, pomysłowością a nawet sprawnością fizyczną skrybów, bo wiele z tych napisów umieszczone jest poza normalnym zasięgiem ręki i trzeba było (być może wespół-zespół) karkołomnie wdrapywać się na gzymsy aby dokonać dzieła.

Zadumałem się mocno nad inskrypcją legionisty i temu bym chyba wybaczył psucie murów… Trudno zresztą oprzeć się refleksji, że oto te mury stały się ciągu wieków czymś w rodzaju ogromnego pamiętnika, w którym czas znaczy swoje ślady we właściwy dla siebie sposób, ludzie zaś swoimi sposobami nanoszą własne znaki i tak powstaje coś na kształt otwartej księgi, zdającej się zapraszać do uważnego czytania.


img img img img img img

img

img
img
img
img
img
img
img
img
img

Pośród symboliki najchętniej używanej dają się zauważyć wyraźne trendy, będące wynikiem już to swoistej „mody” lub uniwersalizmu symbolicznego przekazu. Dominują serca w przeróżnych konstelacjach. Niektóre napisy wykonane są ze skutkiem wyraźnie wskazującym wręcz na talent rzeźbiarski. Być może właśnie ten talent był dominującym czynnikiem pchającym „tfurcę” do działania?

Widoczna po prawej stronie inskrypcja powstała równo 160 lat temu i trzeba przyznać, że trzyma się całkiem nieźle. Liczne ozdobniki i staranne wykonanie tych hieroglifów było nie było wymusza jednak coś na kształt podziwu i szacunku dla kunsztu autorów co piękniejszych ornamentów.

Innym często pojawiającym się elementem graficznym jest nie wiedzieć czemu symbol korony. Przypuszczenie że to z powodu królewskiego pochodzenia skrybów wydaje się grubą przesadą - już prędzej jest to odbiciem ich własnych marzeń :)

Koronowane głowy bez wątpienia również nawiedzały nasz Cysterski Klasztor, ale raczej trudno wyobrazić sobie króla rąbiącego berłem w mury. Królom - podobnie jak politykom - nieśmiertelność zapewnia narodowe przywództwo, zwłaszcza to nieudane, obarczone jakąś katastrofą czy cuś…

Bywa że symbole serca i korony łączone są z jeszcze jednym często występującym elementem, mianowicie krzyżem. Tu pochodzenie symbolu wydaje się już bardziej oczywiste z racji miejsca, ale przecież tak naprawdę to tylko przypuszczenie, dywagacje albo raczej konfabulacje piszącego niniejszy tekst, znajdującego się wyraźnie w fazie kpiarsko-zwodniczej, a być może nawet pod wpływem :)

 

A więc serce, krzyż i korona ale przecież to nie cała prawda o grafice pokrywającej mury klasztornego kościoła. Symbolika jest przebogata i wymaga osobnych, wieloletnich badań wspartych na głębokiej wiedzy z wielu dziedzin oraz rzecz jasna adekwatnych nakładów finansowych. Jest to przecież bez wątpienia nasze dziedzictwo narodowe (lub powiatowe), co prawda nieco wymuszone ale zawsze… :)

W tym miejscu zdałem sobie sprawę, że przecież właśnie serce, krzyż i korona to kwintesencja quasi-programów wyborczych  wielu wypitnych mężów stanu…

Podobnie jak już zaznaczyłem wcześniej, również i w tym przypadku zwraca uwagę staranność wykonania, oszczędny sposób zagospodarowania przestrzeni „rylnej” i symetria kompozycji. Stulecie jakie minęły od powstania dzieła jeszcze bardziej podkreślają jego niewątpliwą urodę przydając mu szlachetności i powabu… Jest przy tym charakterystyczne, że inskrypcje zdają się wchodzić w tajemnicze interakcje z oglądającym, zaostrzając walor smaku sztuki w kontekście dialektyki moderowanej materii, kontestującej awykonalność jej konwalidacji (chyba nie przesadziłem?).  Swoisty pietyzm i alegoryczne przedstawienie własnego znaku zdają się mówić wszystkim odbiorcom: „Jestem lepszy niż się wam wydaje”. Być może przekaz ten przeznaczony jest również dla Pana Boga - wszak to Świątynia Pańska.

Czytelność symboli w tych graficiarskich popisach zdaje się falować wraz z całym przekazem. Obok znaków o wymowie w miarę klarownej pokazują się bohomazy trudne do rozszyfrowania, z treścią ukrytą przed czytającym. Oglądając je w dużym powiększeniu czuję się niczym Jean-François Champollion.

img

 

Zadaję sobie następujące pytania:

Co powoduje, że człowiek łamiąc zasady współżycia społecznego, narażając się na karę a nawet religijny ostracyzm, łapie w rękę jakieś narzędzie aby zaznaczyć w takim miejscu swoją obecność „po wsze czasy”? Czy jest to akt chwilowej bezmyślności, czystego wandalizmu, czy może swoistej apostazji?

Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi a ja bliższy jestem teorii, w której główną rolę motywacyjną odgrywa pewnego rodzaju magia i siła, jaką emanują wiekowe miejsca i monumentalne budowle. Być może tym, którzy decydują się na umieszczenie znaków mówiących JA tu byłem zdaje się, że część tej siły, magii i wielkości stanie się ich udziałem? Byłby to zatem rodzaj zaklęcia, zmierzającego do maksymalnego przedłużenia i utrwalenia przez autora śladów swej ziemskiej wędrówki? Być może…


Ale może jest to także forma dramatycznego wołania, z głęboką wiarą w jego skuteczność, jak w przypadku inskrypcji „Klimczak kocham cię”? Wyznanie napisane w „takim” miejscu ma być może większą moc sprawczą a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Notabene bardzo jestem ciekaw, o którego z Klimczaków chodzi?

 

imgTwórcy tych wszystkich pseudoepigrafów, zwłaszcza ci którzy są już na tamtym świecie (i smażą się w ogniu piekielnym za dewastację budowli), nawet nie śnili, że w pewnym sensie uda im się uwiecznienie swojego dzieła, o które tak mocno zabiegali. Trzeba było dopiero naszych czasów, cyfrowych aparatów, Internetu i Andreovii aby stało się to możliwe :P

Otwarte jest także pytanie o dalszy los napisów, bo jak by nie patrzeć jest to przecież rodzaj „samowoli budowlanej”. Czy więc pozostaną, czy też może kiedyś zostaną pieczołowicie zdarte przez zwolenników „czystości rasowej” naszych zabytków? A może one same, choćby z racji wieku, są pod ochroną - coś w rodzaju „zabytku na zabytku”? :) Najstarszy napis, jaki udało mi się odnaleźć pochodził z końca XVIII wieku, oczywiście zakładając, że data była prawdziwa.

Współcześni „uwieczniacze”, najwyraźniej kierowani zazdrością lub częściej głupotą, próbują również swoich sił na murach klasztornych. Ale - przyznacie to sami - gdzie im tam do dawnych mistrzów…

To se ne vrati”, jak mówią… Francuzi? :)img

 

 

 

Zobacz galerię inskrypcji na murach  Klasztoru Cystersów  Link

 

 fotografie, wyobraźnia, inwencja i konfabulacja: Krzysiek Maziarz